Kulinarny pamiętnik Ewy
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2014
Instagram
Mój nowy blog
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl

owoce morza

sobota, 10 grudnia 2011

 

 

 

Spaghetti z owocami morza

 

 

 

Nie gotowałam nigdy nic z langustynkami (w Irlandii nikt ich tak nie nazywa, to po prostu Dublin Bay Prawns), to moje pierwsze podejście do nich i nie będę się tutaj picowała, że jestem mistrzynią w ich przygotowaniu; pozwolę sobie jednak kilka słów o tym daniu napisać.

Dostałam dzisiaj od pana na targu rybnym cztery langustynki, za darmo, wręczone z uśmiechem i życzeniem Wesołych Świąt. Ruszały jeszcze wąsami w białej siateczce. Cztery langustynki  - to wystarczy żeby poczuć smak.

Obrałam ogonki, skorupki, głowy i kleszcze zalałam 200 ml białego wina, dodałam młody listek laurowy, pogotowałam chwilę, odstawiłam do naciągnięcia smakiem, odcedziłam. Do płynu dodałam pokrojony w kostkę pomidor bez skóry i pestek, podgotowałam, potem na tym wywarze ugotowałam mule (o gotowaniu muli tutaj). Całość przyprawiłam solą, pieprzem i sokiem z cytryny, dodałam trochę masła. Ogonki langustynek usmażyłam osobno na maśle. Małże wymieszałam ze spaghetti, na wierzch położyłam ogonki, posypałam świeżą kolendrą i czili. No i jeszcze położyłam na wierzch kleszcze dla ozdoby.

Albo lubi się owoce morza albo nie. Ja lubię. Lubię smak morza: delikatne małże i słodkie mięso langustynek; ale wiem, że dla wielu osób już same w sobie ryby są nie do przejścia. Ale może znajdą się wśród moich czytelników fani?

piątek, 26 listopada 2010

 

 

 

Mussels in tomato and garlic sauce

 

 

Wyszoruj mule. Te, które są otwarte niekoniecznie nie są żywe, może tylko śpią, popukaj delikatnie mulem w blat, może się obudzi i zamknie. Jeśli się nie obudził to wyrzuć, wyrzuć też wszystkie popękane. Powyrywaj im brody. Włóż do garnka, na dno nalej wody, lub wody pół na pół z białym winem. Przykryj i gotuj przez cztery minuty, małże będą bardziej uparowane niż ugotowane, ale płyn "rosół" mulowy będzie doskonałą bazą do wielu dań, więc po odcedzeniu nie wylewaj go. Przejrzyj mule jeszcze raz, wyrzuć te, które się nie otworzyły podczas gotowania. Pamiętaj mule to tylko małe kawałki mięśni, o tym, że żyją świadczy to, że się kurczą i rozkurczają, zamykając lub otwierając muszle. Możesz zostawić mule w muszlach, możesz je wyciągnąć.

Podsmaż posiekaną szalotkę na oliwie, dodaj posiekany miąższ pomidora, trochę masła, rosołu mulowego, ciut wina, przypraw tak jak chcesz, może po prostu solą i pieprzem, sokiem z cytryny, może chili, dosyp troszkę zieleniny, kiedy sos będzie gotowy dodaj mule i tylko je lekko odgrzej w sosie. Podawaj z makaronem.

Twoje mule są gotowe i na pewno Cię nie zmulą.

 


niedziela, 31 października 2010

 

 

 

King prawns with glazed potatoes and passionfruit

 

 

 

Arek (kliku klik, autor i przepis) pokazywał to danie Claude Bosi we wrześniu i od tamtego czasu przymierzałam się do jego zrobienia. Połączenie smaków zupełnie mnie zaskoczyło, a przepis nie wydawał się na tyle wymagający technicznie, żeby odstraszał, wprost przeciwnie. Pewnie nigdy nie zrobię dwugwiazdkowego deseru, ale taki dwugwiazdkowy lunchyk niewykonalny się nie wydał. Oczywiście nie liczyłam na to, że wyjdzie mi dokładnie to samo i takie same jak Claude'owi czy Arkowi, ale stwierdziłam, że i tak warto spróbować, najwyżej nie przyznam się do wykonania.

Moje "kombinowanie" z przepisem, bo pokombinować musiałam, wynikało bardziej z wymagań składnikowych niż chęci zmieniania czegokolwiek. Zaczęłam już kilka tygodni temu od kupienia passiflory, czyli marakui. Kiedy Arek opublikował przepis była dostępna, wczoraj specjalnie się rozejrzałam za nią ale już jej nie mogłam w sklepie znaleźć. Te, które kupiłam wtedy były gładziutkie jak pupka niemowlaka, co oznacza, że niedojrzałe. Dojrzała jest bardzo pomarszczona, jak to mówi Gordon Ramsey, dojrzała jest tak pomarszczona jak jego twarz. Moje dopiero w tym tygodniu nabrały Gordonowskich zmarszczek, czas więc było zabrać się za pichcenie.

1 owoc marakui: obecny

Ziemniaków, które polecał Arek, w moim lokalnym "warzywniaku" nie ma, użyłam więc Maris Piper

1 duży ziemniak: obecny

Wywar warzywny u mnie jest zawsze w zamrażarce, sos rybny też z reguły jest ... ale tak się zdarzyło, że kupiłam też mule i miałam dość dużo płynu z ich parowania. Oczywiste mi się więc wydało, że lepiej jest użyć tego płynu pół na pół z wywarem z warzyw niż sosu, który już trochę stoi otwarty.

200 ml płynu: jest

25 g masła: jest

Szałwia: obecna, podobnie jak masło bez przygód

Krewetki. Hmm, na zakupy wybrałam się za późno, nie było świeżych królewskich. Miałam do wyboru surowe mrożone, albo już ugotowane, wybrałam te ostatnie, bo przynajmniej miały ogonki na sobie.

Postępowałam zgodnie z instrukcjami z jednym wyjątkiem, bałam się, że jeśli zacznę smażyć już ugotowane krewetki to je przedobrzę i będą gumowate (nie wiem czy tak by się stało, ale nie ryzykowałam), dlatego tylko je odgrzałam w tej samej (a raczej na tej samej) glazurze co to nią glazurowałam ziemniaki.

Powiem Wam, że nie spodziewałam się takiego smaku, w ogóle to ciężko określić czego się spodziewałam, absolutnie wparł mnie smak w krzesło. Dzieje się w tym daniu kilka fascynujących rzeczy. Pierwsza to niby tak znany maślano-morski smak, ale to w jaki sposób wydobywa się z ziemniaków, jest wspaniałe. Druga to mariaż szałwii (cała poszła na drugą stronę zdjęcia i musicie mi uwierzyć na słowo, że tam była) z marakują, który po pierwszym kęsie klasyfikuje się jako niebiański. Trzecia to to jak te dwie harmonie harmonizują się razem.

Zróbcie sobie to danie!!!

Arku, dziękuję:)

niedziela, 16 maja 2010

 

kałamarnice

 

 

Pan na stoisku rybnym dziwnie na nas popatrzył, ale nie bez uśmiechu. Zawołałam Synka i wskazałam palcem na miskę wypełnioną podłużnymi obłymi kształtami, z radości zaczął skakać i wołać :'yes, yes, yes'. To właśnie wywołało uśmiech na pana twarzy bo sobie pewnie pomyślał, że skoro napotkał takich amatorów to pewnie pozbędzie się połowy swojej dostawy. Musiał się rozczarować kiedy grzecznie poprosiłam o cztery sztuki, tak tylko na spróbowanie. Nie wiem dlaczego moje dziecko tak bardzo chciało kałamarnice spróbować, ale zawsze oblatywał wszystkie stoiska rybne w ich poszukiwaniu.

Kałamarnice były świeże i już sprawione dlatego wystarczyło je tylko pokroić w krążki, obtoczyć w mące wymieszanej z mieloną wędzoną papryką, usmażyć na głębokim tłuszczu (2 min) i odsączyć na papierze kuchennym. Podawałam na makaronie ryżowym z odrobiną kolendry i cytryną.

 

Były pyszne, chrupiące na wierzchu, mięciutkie w środku. Synkowi bardzo smakowały, więc podejrzewam, że do stoiska z rybami będę dalej ciągana.


smażone kałamarnice

 

 

poniedziałek, 01 lutego 2010

 

Kalafiorowa

 

 

Kiedyś, buszując po księgarni, znalazłam egzemplarz książki Gordona Ramsey'a "A chef for all seasons", której albo coś się przydarzyło, albo była nad wyraz zmęczona zbyt długim przebywaniem na półce. Cokolwiek było przyczyną, książka kosztowała połowę bylejakiego czasopisma kulinarnego, więc bez zastanowienia się i bez zaglądania do środka kupiłam ją. Hmm... wiadomo czemu była tak poważnie przeceniona. Gdybym jej poświęciła pięć minut w księgarni to bym jej pewnie nie kupiła. Nie, nie jest taka zła, jest świetna, tylko niewiele w niej jest przepisów dla domowej kucharki, nawet lubiącej eksperymenty. Prawda, dania nie są zawsze skomplikowane, ale gdy nie są trudne to są koszmarnie drogie. Nie wiem czy książka była sukcesem czy nie, mogę jednak tylko podejrzewać, skoro kilka tytułów później, Gordon zdecydował pokazać łatwiejszą stronę kulinarnych tajników w "GR makes it easy". W sobotę wzięłam książkę ze sobą do poczytania w trakcie jak moje dzieci będą się umuzykalniać. Obrazki już znałam, więc naprawdę zaczęłam ją czytać: wstępy do rozdziałów (książka podzielona jest na pory roku) i przepisy bez zdjęć. Okazało się, że przepisy bez zdjęć są zupełnie przyzwoite, mniej wyszukane i może przez to mniej fotogeniczne. Prostota tych dań jest oczywiście podreperowana nazwą mającą odzwierciedlać pasję Gordona do francuskiej kuchni. Tak więc zupa kalafiorowa na mleku z drobniutko posiekanymi przegrzebkami nazywa się Velouté z kalafiora z przegrzebkowym brunoise.( Jeśli sobie myślisz: gdzie ja znajdę przegrzebki lub: nie cierpię owoców morza, spokojnie czytaj dalej ) Zrobiłam ją według przepisu, zupa jest pyszna, ale mam parę ale ... najpierw, jednak, przepis.

 

Kalafiorowa Gordona

 

średni kalafior

15 g masła

250 ml mleka

200 ml wywaru z kurczaka lub ryby

100 ml śmietanki

4 przegrzebki bez muszli i korala (samo białe bez różowego)

pieprz cayenne

sól i pieprz

 

Kalafiora dzielimy na maleńkie różyczki i dusimy je na maśle przez dziesięć minut od czasu do czasu mieszając. Wlewamy mleko, dodajemy sól i pieprz, uważając z solą jeśli wywar który dolejemy jest słony. Gotujemy pięć minut po czym wlewamy wywar, częściowo przykrywamy i gotujemy na wolnym ogniu aż do momentu kiedy kalafior będzie bardzo miękki (15 min) i da się go rozetrzeć o ścianki garnka. Nie ma potrzeby miksowania zupy. Dodajemy śmietanę i gotujemy jeszcze kilka minut, doprawiamy w razie potrzeby.Surowe przegrzebki kroimy w malutką kosteczkę, czyli jak to zwą szefowie kuchni brunoise, dzielimy je pomiędzy cztery naczynia (wg książki bulionówki lub filiżanki) i posypujemy maleńką szczyptą pieprzu cayenne. Zalewamy gorącą zupą, nie mieszamy. Gorąca zupa od razu ugotuje przegrzebki.

Idea zupy jest taka: kremowy, aksamitny krem z kalafiora podany w małej eleganckiej filiżance z niespodzianką w postaci drobno posiekanych przegrzebków na dnie, do tego odrobina koloru i pikanterii w postaci pieprzu cayenne. Robiąc jednak zupę według przepisu aksamitny krem nam nie wyjdzie, dlatego blender jednak się przyda, jeśli ktoś chce uzyskać krem. Przegrzebki zbyt się wtapiają w zupę, żeby mogły być niespodzianką. Dlatego po spróbowaniu swojej porcji zrobionej według książki stwierdziłam, że lepiej dokonać drobnych zmian. Nie miksowałam zupy, bo taki niedokońcakrem mi odpowiadał, ale pozostałe przegrzebki wrzuciłam na patelnię grillową (90 sekund z każdej strony) i dodałam do zupy w całości. Jednak nawet takie niewiele zupie dały, ani zupa im, szczerze mówiąc, dlatego z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że zupa jest dobra, ale przegrzebki sobie podarujcie. Jeśli podoba wam się element niespodzianki na dnie filiżanki to lepiej niech to będzie coś o bardziej wyrazistym smaku jak ...i tu nie bardzo mam pomysł, ale myślałam sobie o kaparach, lub marynowanych prawdziwkach. Ciekawe co Wy na to ..

Mi i Córeczce zupa smakowała, Synek pokręcił nosem, Mąż zjadł dwie dokładki.

 

 

Kalafiorowa