Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl

ciasta ciasteczka

niedziela, 11 maja 2014

 

Jestem z powrotem. Po prawie dwuletniej przerwie. Nie sądziłam, że wrócę. Myślałam, że ten blog umrze śmiercią naturalną, pewnego dnia zajrzę w statystyki i stwierdzę, że już czas odłączyc mu tlen. Ale tak się jakoś nie stało. Przez ten czas popularnośc bloga niewiele osłabła i w sumie jest to miłe. Wciąż tu zaglądacie. Dziękuję.

Nie obiecuję regularnych publikacji, bo wciąż chcę się skupic na moich niszowych Aylesbury Days, ale pomyślałam, że wpisy kulinarne mogę publikowac tu, a nie tam. Tu potrzebny jest powiew świeżego powietrza ... a może raczej woń crumble z ... galangalem.

 

 

 

crumble z galangalem

 

 

Crumble zrobiłam z tego co było pod ręką: ze słodkich gruszek i kwaśnego rabarbaru. Zarówno gruszki jak i rabarbar bardzo dobrze smakują z imbirem więc dodałam trochę świeżego do owoców, a do kruszonki, dla pogłębienia smaku dosypałam galangalu w proszku - galangal ma łagodniejszy, cieplejszy od imbiru smak, w tym crumble jest jak drugie dno, jak cień.

Do crumble użyłam 2 laski rabarbaru i 4 gruszki, posiekałam owoce w dośc drobne plasterki, dodałam do nich łyżkę jasnego muscovado i łyżeczkę startego korzenia imbiru. Kruszonkę zrobiłam ze 150 g mąki, 80 g jasnego muscovado i 80 g masła i czubatej łyżeczki galangala w proszku, masło roztarłam z suchymi składnikami, zagniotłam i pokruszyłam na owoce czekające w naczyniu. Piekłam w 200 °C do momentu aż kruszonka była przypieczona a z boków naczynia tworzyły się bąbelki gotującego się soku z owoców.

wtorek, 27 marca 2012

 

 

 

tort kawowo czekoladowy

 

 

 

tort kawowo czekoladowy

 

 

 

Łatwiej zadowolić kogoś kto wie czego chce, niż kogoś kto twierdzi, że zadowoli się byle czym.

myśl własna, która przez głowę przemknęła nie raz

 

W niedzielę nasza młodsza pociecha skończyła dziewięć lat.

Weekend był piękny.

Nie było czasu na wspólne gotowanie.

Był szybki tort pieczony w niedzielę rano.

Zapach pieczonego ciasta miał obudzić jubilata; nie udało się to mnie obudził jego podekscytowany głos.

Nie pamiętałam o zmianie czasu, uzmysłowiła mi ją kartka napisana niebieską kredką położona na laptopie.

Jak on mnie dobrze zna...

Poranne medytacje z kubkiem kawy odbyły się w trybie fast forward.

Piotruś poprosił o coffee cream cake. Upiekłam kawowy biszkopt, do kawowej masy śmietanowej dorzuciłam mleczną czekoladę. Powiedział, że tort przerósł jego oczekiwania. O tą czekoladę - domyślam się.

 

Przepis na biszkopt pochodzi ze strony BBC.

Podobny krem - a właściwie trochę mus - z białej czekolady pokazywałam przy okazji urodzin starszej pociechy, tu lekko zmienione proporcje - tamten miał inną, lżejszą konsystencję, ale dłużej zastygał.

 

 

Torcik z mleczną czekoladą i kawą

 

na biszkopt:

150 g drobnego cukru

150 g samowznoszącej mąki

150 g masła

3 jajka

łyżka gorącej wody*

łyżka kawy rozpuszczalnej*

2 łyżeczki kakao (mój dodatek)

1 i1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

 

*zaparzyłam standardową miarkę prawdziwej kawy niewielką ilością wrzątku i odstawiłam do naciągnięcia (około 5 łyżek po odcedzeniu - do ciasta dałam dwie łyżki, reszta przydała się do masy, można zrobić więcej i nasączyć tym więcej blaty)

 

na krem:

350 ml śmietanki

200 g mlecznej czekolady

3 listki żelatyny

dwie łyżki powyższej kawy (jeśli używacie rozpuszczalnej dodajcie ją, około 1 łyżeczki, do podgrzanej śmietanki)

 

Utrzyj cukier z masłem, dodawaj po trochę roztrzepane jajko na przemian z 1 łyżką mąki, dodaj kakao, proszek do pieczenia, utrzyj i wmieszaj resztę mąki. Na koniec dodaj przestudzoną kawę i wymieszaj dokładnie. Rozłóż równomiernie do dwóch nasmarowanych masłem identycznych foremek (18 cm sandwichówki) i piecz w piekarniku nagrzanym do 160° przez około 30 min. Wystudź na kratce.

Masa nie zajmuje dużo czasu więc zacznij ją robić dopiero gdy blaty będą przestudzone. Namocz płatki żelatyny w zimnej wodzie. Czekoladę rozpuść, podgrzej około 100 ml śmietanki, dodaj do niej kawę (albo zaparzoną albo po prostu granulki rozpuszczalnej) i odciśnięte z wody (lecz dobrze nabrzmiałe) listki żelatyny, powinny się szybciutko rozpuścić.  Wymieszaj dokładnie śmietankę z czekoladą, najlepiej mikserem na najwolniejszych obrotach, czekolada i kawa powinny mieć podobną temperaturę. Poczekaj aż mieszanka ostygnie, wtedy resztę śmietany ubij na sztywno i powoli wymieszaj z czekoladą. Masa dość szybko zaczyna tężeć więc zacznij ją nakładać od razu gdy będzie gotowa: przełóż nią blaty (które można nasączyć, ale ja tego nie zrobiłam) i wierzch tortu. Schłódź w lodówce. 

sobota, 18 lutego 2012

 

 

 

zapomniane ciasteczka

 

 

 

Nie wychodzą mi bezy, nigdy. Nie sądzę żeby chodziło tu o jakiś szczególny brak umiejętności bicia piany - zwalam wszystko na piekarnik z nawiewem, który posiada pewne zalety, ale bezy w nim bardzo ciężko upiec. Poddałam się po kilku próbach, żując brązowe ciągliwe kłapcie. Poddałam się bez szczególnego żalu, bo aż tak takich bez nie kocham, są inne smaczniejsze odmiany, które piekarnika nie wymagają, których w razie przypływu determinacji można by się nauczyć robić (włoskie - do piany dodaje się gorący syrop z cukru, który pianę gotuje; lub szwajcarskie ubijane w kąpieli wodnej). Determinacji w dziedzinie deserów jednak mi stale brak.

To chyba jest dość obserwowalne na tym blogu, coś mało malutko tu ciast. Nie jest jednak tak, że rodzina kulinarnej blogerki pozbawiona jest przyjemności jedzenia domowego ciacha. Bynajmniej! Mam parę swoich typów, które ostatnio tłukę na okrągło. Numerem jeden jest wciąż ciasto cytrynowe, które tutaj się już pojawiło w wykonaniu mej pięknej i zdolnej latorośli Magdalenki. Numerem dwa jest ciasto, którego jeszcze tu nie ma, ale pewnie, kiedy już uda mi się upiec go i utrzymać przez cały czas konsumpcji bez zakalca, będzie (nic Wam nie powiem oprócz tego, że z makiem). Numerem trzy ma się szansę stać mus czekoladowy według Raymonda Blanca z samej czekolady i białek na który trzymam czekoladę w pogotowiu na wypadek gdyby mi się zdarzyły jakieś wolne białka - co się do tej pory zdarzyło tylko raz. Mus miał dużą szansę znów powstać po Tłustym Czwartku, ponieważ w przypływie wolnego czasu w ten dzień wymodziłam pączki (według Viri). Po pączkach musu czekoladowego jakoś się nie chce ... ale wylewać sześć białek - o nie!

Wybaczcie gmatwaninę tego dyskursu, ale nowy wątek muszę wprowadzić.

Jestem dobrym czytelnikiem, czytam dość dużo. Nie jestem jednak czytelnikiem o którym marzą wydawcy - korzystam z bibliotek. Właściwie odkąd odkryłam, że nie ma książki, którą chciałabym przeczytać a której moja lokalna biblioteka nie może mi sprowadzić kupuję jeszcze mniej. Kocham więc moją bibliotekę chociaż pozornie wygląda ubogo. Rozbudowane ma jednak sekcje, które mnie bardzo interesują: kuchnię i ogrodnictwo. To w tej sekcji znalazłam kilka wybitnie inspirujących książek, których bym pewnie nigdy nie kupiła, bo jakoś na półkach księgarni ich brak. Musiałby ktoś mi je polecić żebym zaczęła w ich sprawie wszcząć poszukiwania w Amazonii. 

Ostatnią z tych książek jest A Table in the Tarn Orlando Murrina. Autora może znacie, był kiedyś redaktorem naczelnym czasopisma BBC Good Food. Jakiś czas temu Orlando wraz ze swoim życiowym partnerem porzucili życie w Londynie, kupili podupadającą 'chatę' na południu Francji i zamienili ją w pensjonat. Ilu z Was o tym marzy?

Kuchnia jest centralnym miejscem pensjonatu. Wszystko jest lokalne, albo zerwane we własnym ogródku, albo kupione od sąsiadów. Na śniadanie domowa granola, domowe dżemy i croissanty prosto z piekarnika. Wszystko bardzo gourmet, etc. Kolacja na nastrojowym tarasie, a po kolacji Orlando umila czas gościom grając na fortepianie. Dużo klimatu, dużo inspirujących przepisów, dużo tekstu, dużo lokalnych charakterów. Książka tak wpisana w miejsce jak to tylko możliwe. Do tego cudowne zdjęcia na matowym papierze. Książka bardzo non-glossy, ale jestem pewna, że wielu z Was lubi takie.

O zapomnianych ciasteczkach (no w końcu przechodzę do sedna :D) wyczytałam właśnie w niej. Wyczytałam i postanowiłam kiedyś zrobić. Kiedyś, jak to się czasem zdarza, niespodziewanie nastąpiło dwa dni po oddaniu książki do biblioteki - co akurat w tym przypadku nie nosiło znamion pecha, bo przepis wprost banalny i ważniejsza tu metoda niż proporcje.

Ciasteczka są zapomniane dlatego, że wsadza się je do mocno nagrzanego piekarnika, wyłącza się go i zapomina się o ciastkach na długo, najlepiej na całą noc. Ja ciasteczka zrobiłam tak:

Rozgrzałam maksymalnie piekarnik i pozwoliłam mu trochę pochodzić. Ubiłam białka (6) ze szczyptą soli na sztywno, stopniowo dodałam cukier puder (200 ml) i ubijałam aż piana była bardzo lśniąca. Dodałam filiżankę siekanych orzechów (poświąteczne resztki migdałów, laskowych i włoskich - były lekko oklapłe więc je podprażyłam i wystudziłam przed dodaniem do piany). Nałożyłam ciasteczka łyżeczką na wyścielone papierem do pieczenia (dodatkowo posmarowanym olejem) blaszki (2), wstawiłam do piekarnika, wyłączyłam piekarnik i zostawiłam w nim ciastka do rana. Rano okazało się, że ciasteczka nie są jeszcze całkiem wysuszone więc dosuszyłam je jeszcze piętnaście minut w około 100 stopniach.

Ciasteczka są wyśmienite, chrupiące i o wiele bardziej orzechowe niż mi się wydawało, że będą. Dzieciom bardzo smakowały.

Szukałam przepisów w sieci po polsku i jest kilka, prawie wszystkie w wersji z czekoladą zamiast orzechów (ten przepis wydaje się byc sympatyczny i w przeciwieństwie do mojego zwięzły i na temat -no i z dwóch białek nie sześciu) - bardzo kusząca kombinacja. Na szczęście trafiłam na nie już po zrobieniu swoich ciasteczek - dzięki temu resztki orzechów wyczyszczone, a czekolada na Raymondowy mus ocalała.

Zapomniane ciasteczka to w pewien sposób bezy i wyszły wbrew niewdzięczności mojego piekarnika - a jednak.

Pozdrawiam Was moi mili czytelnicy i życzę udanego weekendu!

 

 

P.S. Pomyślałam sobie, że mogłabym dodac link do hoteliku, więc trochę poszperałam. Okazało się, że hotelik został sprzedany, a chłopaki wrócili na Wyspę, gdzie z całą pewnością business się łatwiej prowadzi i fiskus nie zżera wszystkiego co zarobisz, prowadzą teraz inny przybytek.

wtorek, 13 grudnia 2011

 

 

 

brama paczkowska

 

 

Oryginalna Brama Paczkowska stoi w Ziębicach na Dolnym Śląsku, gdzie przez kilkanaście lat mieszkałam i skąd pochodzi rodzina mojego męża. Brama powstała jeszcze w czternastym wieku, staruszka więc z niej szacowna. Ostatnio bardzo podupadła na zdrowiu; nie służy jej ruch uliczny i potrzebna jest szybka interwencja chirurgiczna, żeby ją ocalić. Mam nadzieję, że będzie jeszcze stała kiedy następnym razem tam będę!

Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego to jedyne tego typu muzeum w Polsce, niejeden kulinarny blogowicz byłby zachwycony salą poświęconą kuchni. Ktoś w tym muzeum wpadł na znakomity pomysł wypuszczenia serii wyciskanych foremek do pierników: repliki oryginalnych foremek znajdujących się w Muzeum, a także takie z Bramą Paczkowską. Foremki wraz z cenami można obejrzeć na stronie muzeum (www.muzeumziebice.pl).

Brama Paczkowska od razu przypadła mi do gustu i mam zarówno ją jak i choineczkę dzięki mojej teściowej, która mi je przysłała. Do foremek dołączony był przepis na pierniczki.

Dwa razy robiłam podejście do nich. Oj nie jest to łatwa sztuka! Nie dziwię się, że takie foremki zostały wyparte przez foremki wycinające! Trzeba się nawałkować i nagimnastykować, ale jest też przy tym kupę zabawy. Moje pierwsze podejście zakończyło się fiaskiem: wykorzystałam załączony przepis zmieniając proporcje wszystkiego o połowę, ale nie wiedzieć czemu sypnęłam sody jak do całości. Nie były złe w smaku, ale urosły i przez to bramy i choinki straciły wzorek; poza tym dzieci uznały, że te co piekłam w poprzednich latach były smaczniejsze. Upiekłam więc jeszcze raz tym razem tak jak już od kilku lat z przepisu koleżanki Ptasi. To świetny przepis, pierniczki nie dość, że pyszne to jeszcze znakomicie zachowują kształt. Polecam!

 

 

 

brama paczkowska

 

 

Zarówno bramy jak i wszystkie inne wykrawane cuda będziemy dzisiaj dekorować no i może jeszcze dziś powędrują na choinkę, której jeszcze nie ma. No a jakbyście przejeżdżali przez Dolny Śląsk to już wiecie gdzie się udać ;)

 

 

środa, 30 listopada 2011

 

 

 

sernik

 

 

 

Drodzy miłośnicy sernika, posiadający równie beznadziejny piekarnik co ja! Jest szansa na dobry sernik!

Mój piekarnik piecze tylko z nawiewem, nie posiada innej opcji, każdy kto piecze ciasta wie, że to najgorsza z możliwych, bo żeby coś było upieczone w środku i niespalone na zewnątrz trzeba mocno kombinować z czasem pieczenia i temperaturą. Pieczenie sernika, czyli mojego ulubionego ciasta, było dla mnie zawsze wyzwaniem. Do tego sernika podeszłam bez emocji, upiekłam go, żeby się ser i jajka nie przeterminowały, było późno i wcale mi się nie chciało go piec, a upiekłam najlepszy sernik jaki w życiu jadłam! Nigdy by mi taki nie wyszedł gdybym podeszła do niego z sercem, nie wyłączyłabym go o wiele za wcześnie z myślą, że nadaje się tylko do kosza ...

Bazę do sernika zrobiłam z ciasteczek owsianych i stopionego masła (pół paczki Digestives i 60 g masła), po wymieszaniu potłuczonych ciastek i masła, wcisnęłam masę do dużej tortownicy i schłodziłam. Masę serową zrobiłam na podstawie masy do Sernika na kruchym cieście z Encyklopedii polskiej sztuki kulinarnej Hanny Szymanderskiej: utarłam 1 kg sera z 350 g cukru, trzema całymi jajkami i ziarnkami z 1 laski wanilii (w przepisie połowa laski), dodałam stopniowo 7 żółtek, później 60 g stopionego masła, a na koniec dodałam pianę z 7 białek, pominęłam rodzynki (tylko ja je lubię). Masy wyszło bardzo dużo i była bardzo płynna, wypełniłam przygotowaną tortownicę do 3/4 wysokości, resztę wlałam do jednorazowej tacki do apple pie. Wsadziłam do piekarnika (oczywiście z nawiewem) rozgrzanego do 160°. Po 25 min wyciągnęłam tackę, bo wierzch był już brzydko spalony, po niespełna czterdziestu minutach wyciągnęłam tortownicę. Ciasto urosło wysokie jak suflet, trzęsło się strasznie, ale było już przypalone z wierzchu. Wyciągnęłam z piekarnika, tak jak napisałam, z myślą, że powędruje do kosza. Oczywiście za chwilę opadło ... zostawiłam na noc w chłodnym pomieszczeniu ... nie spodziewając się wiele. Co dalej już się domyślacie ... istny cud nad Lagan: puszysty, wilgotny, lekki jak puch; wspaniaaaały! Sernik z przedimkiem określonym!



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10