Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl

dieta proteinowa

sobota, 25 czerwca 2011

Mój ostatni przepis według diety Dukana ukazał się w kwietniu poprzedniego roku. Według statystyk dużo osób wchodzi na mój blog z linków na forach o tej diecie i z blogów jej poświęconych. Właśnie do nich kieruję ten wpis.

Dziękuję Wam wszystkim za te odwiedziny i za komentarze, to jest wszystko dla mnie bardzo cenne. Jeśli zrobiliście jakieś przepisy z mojego bloga i jeśli w jakikolwiek sposób urozmaiciły one Wam czas diety to jest mi ogromnie miło. Wiem z własnego doświadczenia, że na tej diecie różnorodność to podstawa, przy tak ograniczonej ilości produktów, które można jeść, jest po prostu bezcenna.

Dieta Dukana zdaje się wzbudzać coraz więcej kontrowersji, nie wiem czy słusznie czy nie, bo nie jestem z wykształcenia dietetykiem i to co wiem na temat odżywiania się jest w sumie wiedzą ogólną. Ale skoro ten blog jest dla niektórych blogiem dukanowskim, to postanowiłam się podzielić moimi doświadczeniami. Po ponad roku milczenia na ten temat.

Na diecie Dukana, w stosunkowo krótkim czasie schudłam tyle ile chciałam schudnąć. Pełen sukces pod tym względem. Udało mi się schudnąć po raz pierwszy w życiu. Na pierwszym i drugim etapie trzymałam się diety bardzo ściśle i nie pozwalałam sobie na odstępstwa, w drugim tygodniu trzeciego etapu byłam chora i nie mogłam trzymać się diety, co nie odbiło się w żaden sposób na wadze. Wszystko szło dobrze ale gdzieś w drugim tygodniu stabilizacji wagi nagle i bez żadnego uprzedzenia odrzuciło mnie od wszelkich dukanowskich produktów. Nie mogłam patrzeć na jogurty, serki, chude szynki, etc. Wszystko stawało mi w gardle, o zachowaniu proteinowego czwartku nie mogło więc być mowy. Miesiąc temu po raz pierwszy od ponad roku kupiłam jogurt naturalny, zjadłam go z miodem na śniadanie, bez odruchu wymiotnego.

Powoli, bardzo powoli moja po dietowa garderoba stawała się coraz ciaśniejsza.

Dwa miesiące temu użyczyłam mojego pokoiku w szkole pielęgniarkom, które ważyły i mierzyły pierwszaków. Trwało to kilka dni i kobitki zostawiały sprzęt ciężki (wagę i miarkę) na noc u mnie. Zważyłam się gdy sobie poszły w pierwszy dzień. Nie wierzyłam własnym oczom. Odjęłam to co wydawało mi się rozsądne ze względu na porę dnia i ubiór ale wciąż ważyłam więcej niż przed dietą! Dopadło mnie jo-jo na swym długim sznureczku.

O ponownym przejściu na Dukana nie było nawet mowy. Na samą myśl się wzdrygam.

Znalazłam w internecie zestaw ćwiczeń, który mi odpowiadał (ten) i od dwóch miesięcy ćwiczę prawie codziennie - na początku ćwiczyłam codziennie, teraz minimum trzy razy w tygodniu, czasem częściej, czasem rzadziej - zależy od mojej aktywności w ciągu dnia. Zmieniłam też trochę styl odżywiania się: nie jem wieczorem, zrezygnowałam z chleba na rzecz chrupkiego pieczywa (które bardzo lubię) i ... włączyłam do diety więcej dobrych tłuszczy: oliwę z oliwek, dużo różnych pestek. Odkryłam, że podjadając pestki i lejąc więcej oliwy do lunchowej sałatki jestem dłużej syta. A i odkryłam jeszcze jedną rzecz: wcale nie jest nieuprzejmie nie poczęstować się ciastem przyniesionym przez koleżankę z pracy. W mojej pracy co chwile ktoś ma urodziny, albo ktoś chce nam podziękować albo umilić życie ciastem. Wgryzam się w jabłko i staram się ignorować zapach czekolady, bywa ciężko i kilka razy uciekłam z pokoju nauczycielskiego żeby powstrzymać ślinotok.

Nie wchodzę na wagę, nie interesuje mnie co pokaże wskazówka, ważne, że spokojnie wchodzę w swoje po dietowe dżinsy. Zajęło to mniej więcej tyle samo czasu co na diecie, ale efekt jest inny. Nie jestem może jeszcze super zgrabna, ale już dużo szczuplejsza, na pewno o wiele silniejsza fizycznie, o wiele sprawniejsza, pewnie zdrowsza. To nie dieta Dukana jest cudem, cudem jest ludzka determinacja. Jeśli jesteście na tyle zdeterminowani żeby przez całe tygodnie jeść białko to jestem pena, że nie zabrakłoby Wam determinacji do tego, żeby schudnąć poprzez ruch, zyskując nie tylko szczuplejsze ale też o wiele zdrowsze ciało.

Dieta Dukana polega na przechytrzeniu organizmu, ja z tego, że mi się to udało zrobić byłam bardzo dumna. Teraz mam tylko nadzieję, że za to oszustwo nie poniosę kary, że nie zrobiłam sobie krzywdy, która gdzieś tam się czai w środku i kiedyś się ujawni.

To jak chudniemy to nasza osobista sprawa, ale uprawiam ten ekshibicjonizm z jednego powodu: nie chcę żeby ten blog był postrzegany jako zachęcający do diety Dukana, nie zachęcam i nie namawiam. Zostawiam wszystkie dukanowskie wpisy, zostawiam przepisy, to było pewne doświadczenie i bardzo twórczy moment w kuchni i nie chciałabym tego wymazywać, ale na temat tej diety zmieniłam zdanie i tego też nie chcę ukrywać.



czwartek, 01 kwietnia 2010

 

 

sałatka z łososiem i suszonymi pomidorami

 

 

To jest moja ulubiona sałatka lunchowa. Ta sałatka potrzebuje trochę czasu, żeby rozwinąć smak, świeżo przyrządzona jest dobra, ale jeśli postoi parę godzin w lodówce to jest wyśmienita. Zazwyczaj robię ją rano przed wyjściem do pracy i do lunchu jest dobra. Odkryłam ją przy okazji diety Dukana i zmiany nawyków żywieniowych. Do niedawna na lunch brałam kanapki i jogurt albo zupę, sałatki czasem też, ale nie za często. Kiedy w drugiej fazie Dukana mogłam zacząć jeść warzywa zaczęłam do pracy robić sobie sałatki z warzywami, jakimiś proteinami (mięsne pozostałości z obiadu z poprzedniego dnia) i sosem jogurtowym. Bardzo ciekawe rzeczy z tego wychodziły, bo chociaż warzywa raczej standardowe: ogórek, pomidor, papryka, sałata; to mięsa były różne i różnie przyprawione. W połączeniu z jogurtem wychodziły bardzo ciekawe smaki. Ta sałatka oprócz standardowych warzyw zawiera pokrojone suszone pomidory i wędzonego łososia. Nie potrzeba ich dużo, wystarczą dwa - trzy suszone pomidory i skrawek łososia (jeśli zostaną jakieś niewykorzystane resztki) żeby nadać sałatce smaku. Jako sosu używam jogurtu naturalnego z odrobiną soli, pieprzu i mielonego czosnku.

Co raz częściej widuję w sklepach roszponkę i muszę przyznać, że właśnie z nią, zamiast innych sałat, ta sałatka jest najlepsza.

Uwaga dla Dukanowców: wędzonego łososia można jeść na diecie, ale przed kupnem trzeba koniecznie sprawdzić zawartość tłuszczu na opakowaniu. Wędzony łosoś potrafi mieć 30% zawartość tłuszczu! Trzeba szukać takiego z zawartością około 4%.

piątek, 26 marca 2010

Sama nie mogę w to uwierzyć, że jestem już od sześciu tygodni na diecie! To może brzmi przydługo, ale dodam, że osiągnięcie założonej wagi zajęło mi 3 tygodnie. Przy wzroście 168 cm ważyłam 65 kg, gruba może nie byłam, ale przeszkadzały mi fałdy, których nigdy wcześniej nie miałam i źle się czułam w swojej skórze. Przytyłam sześć kilogramów od czasu przyjazdu do Irlandii Północnej cztery lata temu (o przyczynach tycia pofilozofuję na końcu). Zgubienie właśnie tych sześciu północnoirlandzkich kilogramów było moim celem. Pierwszą fazę, fazę uderzeniową robiłam przez pięć dni, później przez 16 dni byłam w drugiej fazie (model 1/1), a dzisiaj mija 21 dzień trzeciej fazy. W pierwszym tygodniu schudłam 4 kg, w kolejnych dwóch po kilogramie. Jak wiecie trzecia faza ma za zadanie utrzymanie wagi i zapobieżenie efektowi jo-jo i ma trwać dziesięć dni na każdy utracony kilogram, hmm, ten trzeci etap okazał się dla mnie najbardziej kontrowersyjny.

Powrót do w miarę normalnego jedzenia był niejakim szokiem dla systemu, nagle zaczęło mi się wszystkiego chcieć. Nie brakowało mi chleba kiedy go nie mogłam jeść, ale gdy ugryzłam pierwszą kromkę to się nie potrafiłam opanować. Miałam wrażenie, że się niesamowicie napycham i że będzie katastrofa i na pewno duużo przytyję. Nie żałowałam sobie, ułożyłam sobie plan, ale dopiero pod koniec tygodnia i miałam poważne opory przed stanięciem na wadze. Bardzo się zdziwiłam gdy się okazało, że schudłam następny kilogram, siódmy. A potem wszystko się sypnęło. Z planu zostały nici bo się pochorowałam i nie mogłam jeść tego na co dieta pozwalała, tylko to co mogłam przełknąć. Mało to było dietetyczne, ale też i nie zawiele mogłam jeść. Byłam zbyt osłabiona, żeby zrobić proteinowy czwartek i go nie zrobiłam. Jednym słowem, drugi tydzień trzeciej fazy okazał się katastrofą, która na wadze nie odbiła się w najmniejszym stopniu. Skoro w sumie nie przestrzegałam diety przez prawie tydzień i nie przytyłam postanowiłam zaeksperymentować przez trzeci tydzień, który właśnie się kończy.

Muszę powiedzieć, że dość mi pasuje dieta trzeciej fazy, przynajmniej pewne jej wytyczne: dwie kromki chleba, plasterek sera, jedna porcja owoców, otręby. Tego się trzymam i nie wykraczam poza, ale codziennie jem posiłki skrobiowe i dwa razy w tygodniu jem posiłek 'ucztę'. Wczoraj, tak jak należy, zrobiłam sobie proteinowy czwartek. Efekt: waga stoi. Uff, ulga bo mogę robić jeden obiad dla wszystkich.

Ten mój nowy układ bardzo mi pasuje i w sumie myślę, że mogłabym go przyjąć jako styl odżywiania na zawsze. Rano przed wyjściem do pracy jem jogurt naturalny z otrębami, na drugie śniadanie kromkę z szynką i serem, na lunch sałatkę z dodatkiem jakichś protein, pomiędzy lunchem a obiadem jem owoc, na obiad coś skrobiowego (protein, jeśli są, więcej niż skrobii), na kolację druga kromka chleba. Zrobiło się więcej miejsca w moim jadłospisie na warzywa, co mnie cieszy. Staram się myśleć o tym co jem, ile tego jem i kiedy to jem. Ta dieta zmieniła moje myślenie. Wiem, że potrafię schudnąć, wiem dlaczego schudłam i mam nadzieję, że wiem jak tą nową wagę utrzymać.

Tylko czy wiem dlaczego przytyłam? Chyba tak. Kiedy tu przyjechałam odżywiałam się mniej więcej tak samo jak w Polsce, moje upodobania nie zmieniły się aż tak bardzo, ale zmienił się produkt. Podam wam tylko jeden przykład: zawsze myślałam, że zdrowo jest jeść jogurty owocowe i zawsze je uwielbiałam, dzień bez jogurtu był dniem straconym. Przeżyłam kiedyś mały szok kulturowy. Kupiłam sobie lokalnie produkowanego loda w kubku i jadłam go podczas lunchu, koleżanka z pracy jadła jogurt owocowy tej samej firmy w takim samym kubeczku. Porównałyśmy zawartość kaloryczną. Mój lód miał mniej kalorii niż jej jogurt! Tak samo jest tu z chlebem i innymi produktami, chleb pełnoziarnisty potrafi mieć więcej kalorii niż biały chleb. Jeśli produkt jest light to zdarza się, że mając mniej tłuszczu niż normalny ma więcej cukru. Bardzo uważnie czytam teraz wszystkie etykiety. No i już teraz wiem, że owoce tuczą.

Merci beaucoup Monsieur Dukan.

piątek, 19 marca 2010

 

 

suflet ze szparagami i kurczakiem

 

 

"Odkryłam" suflet faszerując paprykę, oczywiście, tamtemu przypadkowemu wiele do sufleta brakowało, ale dał mi bodźca do tworzenia nowych, oczywiście Dukanowych. Sufletowi na diecie, z powodu braku tłuszczu, może i brakuje urody, nie wyrasta równo i tworzy kwiatki na powierzchni, ale w smaku jest pyszny i bardzo delikatny. Wydaje mi się też prostszy do zrobienia niż prawdziwy. Zasadniczo jest to ten sam przepis co na babeczki choć bez dodatku otrąb (Przy okazji: wczoraj Ulcik zaproponowała Dukanowy chlebek na podstawie tego przepisu, kliknijcie). Połączenie twarożku i jajek okazuje się być bardzo wszechstronne.

 

 

Suflet ze szparagami i kurczakiem

 

(składniki na dwa ramekiny)

 

1 jajko

100 g serka twarożkowego homogenizowanego

2 ugotowane szparagi

ćwiartka grilowanej, pieczonej lub gotowanej piersi kurczaka

sól i pieprz

gałka muszkatołowa

 


To co różni ten suflet od babeczek, placuszków czy chlebka to sposób przygotowania. Wybaczcie, ale odpuszczę sobie gotowanie szparagów i grillowanie kurczaka, ważne żeby je pokroić w kostkę (kurczaka) i plasterki (szparagi). Oddzielamy żółtko od białka. Żółtko łączymy z serkiem, przyprawami, kurczakiem i szparagami, białko ubijamy ze szczyptą soli. Piekarnik nagrzewamy do 190° (180 w piekarniku z nawiewem) i gotujemy czajnik wody. Dopiero kiedy wszystko mamy gotowe łączymy białko z resztą ciasta. Najlepiej najpierw rozprowadzić w nim łyżkę białka a dopiero potem delikatnie połączyć z resztą, w ten sposób ciasto zachowa puszystość. Napełniamy ramekiny do 3/4 objętości i wstawiamy do wysokiego naczynia (ja użyłam małej keksówki), które wypełniamy bardzo gorącą wodą do wysokości ciasta w ramekinach. Zostawiamy na około minutę. Można zaobserwować jak od razu suflet zaczyna się podnosić. Ten zabieg pozwoli sufletowi lekko się rozwinąć zanim wstawimy go do piekarnika i sprawi, że lepiej wyrośnie. Po minucie wstawiamy do piekarnika i pieczemy około  15 minut. Powstrzymujemy się od otwierania piekarnika przez ten czas.

 

 

środa, 17 marca 2010

 

 

makrela z fenkułem i grapefruitem

 

 

Ryba znów kupiona na wyraźną prośbę Synka, znów upierał się przy makreli, a ja nie miałam nic przeciwko. Tylko, że Synuś jej później nie zjadł, najadł się kiełbasy i na podsuwaną makrelę nie spojrzał. Przypomniał sobie o niej dopiero na następny dzień: "A gdzie moja makrelka?" No cóż, makrelka już wyszła.

Oglądając ostatnie Delicious (śliczna okładka, tak przyokazji: wypełniona kolorowymi makaronikami, świetny pomysł na świąteczną dekorację) natknęłam się na makrelę podawaną z pomarańczą i cebulą. Ee, pomyślałam sobie, z pomarańczą ... no ale z grapefruitem...i to czerwonym to już co innego. Zamieniłam więc, obowiązkowy jak dla mnie przy rybie, czynnik cytrusowy z cytryny i limonki na czerwonego grapefruita.

Makrelę piekłam pod mocno rozgrzanym grillem (około 7 min) wcześniej przyprawiając ją tylko solą i pieprzem. Do tego zrobiłam prostą sałatkę z fenkułu, szalotki i czerwonego grapefruita. Wycisnęłam też trochę soku na rybę i sałatkę przed samym podaniem. Grapefruit bardzo ładnie podbija smak makreli i fenkułu, bardzo ładnie. Bardzo przyjemne danko.

To danie z racji obecności grapefruita klasyfikuję jako danie 3 Etapu diety proteinowej.

Ostatnio coś u mnie mało proteinowo było, same węglowodany, co nie znaczy, że porzuciłam dietę. Jestem w środku drugiego tygodnia trzeciej fazy, fazy, której celem jest utrzymanie uzyskanej wagi i zapobieżenie efektowi jo-jo. Okazało się jednak, że na tym etapie schudłam do tej pory kilogram. I tak, jak pisałam w komentarzach, nie mam nic przeciwko utrzymaniu tego kilograma mniej, to jednak bardziej schudnąć bym nie chciała. Ta faza ma u mnie potrwać jeszcze sześć tygodni. Zastanawiam się co to do diety dodać, żeby nie chudnąć. Wczoraj, w dzień diety III fazy zjadłam sobie skrobiowy posiłek: Irlandzki Placek Pasterza (nie będzie na blogu, nie zrobiłam zdjęć). Na razie zostanę przy tym jednym dodatkowym posiłku skrobiowym i w przyszłym tygodniu zobaczę czy to coś dało. A może komuś z Was zdarzyło się to samo i ma jakieś sugestie?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7