Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl

zupy

sobota, 12 listopada 2011

 

 

 

zupa piwna

 

 

 

 Trzy kwatérki piwa gotuy z trochę cynamonu, skórkami cyrynowemi, rozbii w garnku 8 żółtek, doday pół kwatérki gotowanéy śmietanki, zamiészay na gorąco dobrze razem; daje się z grzankami z bułek na pozdłuż kraianemi.*

 

 

zupa piwna

 

 

Trzy kwaterki to mniej więcej 750 ml, ja zrobiłam zupę z zawartości jednej 660 ml butelki; dałam całą laskę cynamonu, skórkę otartą z jednej cytryny, sześć żółtek, 125 ml śmietanki. Pozwoliłam żeby piwo chwilkę się pogotowało z cynamonem i skórką cytryny, roztrzepałam jajka, powoli wlałam do nich zagotowaną śmietankę mieszając ciągle. Ściągnęłam piwo z palnika, dodałam śmietankę z jajkami, zamieszałam.

W przepisie nie ma cukru, co pewnie zauważyliście, ale ja swoją posłodziłam, łycha brązowego cukru złagodziła smak zupy i podkreśliła jej korzenny charakter. Po ugotowaniu i spróbowaniu dodałam też cztery goździki, bo wydawało mi się, że czegoś jeszcze potrzeba. Zupa jest lepsza gdy chwilę postoi i zgęstnieje, smakowała mi i na ciepło i na zimno.

Lubię piwo i lubię korzenne smaki, piwna zupa bardzo mi więc odpowiada. Była to moja pierwsza w życiu taka polewka i przyznam się, że pierwsza łyżka trochę mnie zdziwiła, druga zaintrygowała a po trzeciej byłam już fanką. Po powrocie z pracy mojego męża obserwowałam u niego podobne reakcje. Zdecydowanie powtórzę!

 

* Przepis pochodzi z tej (link) książki, przygotowałam wpis w ramach:

 



Gotujemy po polsku!

 

 

Zabawę zorganizowali Irena i Andrzej, a patronuje jej serwis Z Pierwszego Tłoczenia.


czwartek, 17 lutego 2011

 

 

 

italian bean and pasta soup

 

 

 

Przepis na tą zupę znalazłam w książce Anny Del Conte Risotto with Nettles (Risotto z pokrzywami). Nie jest to typowa książka kucharska, to raczej autobiografia Anny solidnie opatrzona ważnymi dla niej przepisami. To chyba naturalne, że ludzie i miejsca kojarzą się z jedzeniem Włoszce, autorce wielu książek kulinarnych. Anna Del Conte, Włoszka z pochodzenia, Wyspiarka z wyboru, należy do starszego pokolenia autorów kulinarnych, jest jedną z pionierów zmiany nawyków kulinarnych Brytyjczyków. To ona pokazała im, że makaron z puszki z sosem pomidorowym lub pulpetami to nie jest kuchnia włoska, ona zaszczepiła miłość do makaronu (innego niż macaroni z serem!). Książkę czyta się nieźle nie tylko ze względów kulinarnych: przedwojenne dzieciństwo w Mediolanie, czasy Drugiej Wojny Światowej w nazistowskiej Italii, powojenna Anglia, świat opisany w sposób, który sprawia, że wszystko ożywa i ... pachnie! Jeśli kiedyś wpadnie Wam w oko, któraś z jej książek - kupcie, wypożyczcie - przeczytajcie!

 

 

Włoska zupa z makaronem i fasolą

 

 

170 g fasolek cannellini, lub innych białych

1 ząbek czosnku

2 cm kawałek chili

500 g dojrzałych pomidorów, lub 1 puszka

1 laska selera naciowego

100 ml oliwy z oliwek

sól i pieprz

2 łyżki siekanych ziół: bazylii lub pietruszki

100 g krótkiego makaronu (u mnie risoni)

 

W przepisie tego nie ma, ale dodałam do zupy skórkę parmezanu dla wzmocnienia smaku.

 

Fasolkę namaczamy na minimum osiem godzin, odcedzamy i razem ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku, posiekanym selerem, chili i pomidorami wrzucamy do garnka i zalewamy 1.7 litra wody. Gotujemy przez około 2 godziny aż do momentu gdy fasolka będzie miękka, wtedy solimy i wrzucamy makaron. Kiedy będzie al dente dodajemy oliwę, pieprz i zioła.

 


czwartek, 10 lutego 2011

 

 

 

carrot and celeriac curry cream

 

 

 

Są takie tygodnie, kiedy w kuchni nie idzie według planu. To jest właśnie taki tydzień. Z zaplanowanych dań ugotowałam tylko jedno: zupę z makaronem i fasolą z pewnej fantastycznej książki, była pyszna, ale nie udało mi się jej sfotografować. Mam ochotę niedługo ją powtórzyć, więc nic straconego, zupa się tu wkrótce pojawi. Zaplanowałam też super curry z jagnięciną, ale niestety nie miałam kiedy go zrobić i jagnięcina się zepsuła :( Zrobiłam za to wegetariańską zupę krem w stylu tajskiego curry. Curry z jagnięciną zaczeka, a zupy nie żałuję, bo pyszna była! Do zupy można użyć jakichkolwiek warzyw, ja dałam wszystkie, które akurat miałam w domu.

 


Marchewkowo-selerowy krem curry

 

 

600 g obranych marchewek pokrojonych w plastry

pół (250 g) selera pokrojonego w kostkę

1 por (jaśniejsza cześć) pokrojony na plasterki

łyżka masła

1 puszka mleka kokosowego

1 chili

łyżka tartego imbiru

2 ząbki czosnku, zmiażdżone

2 łyżki sosu rybnego nam pla

1 trawa cytrynowa

garść natki kolendry

sok z połowy limonki

500 ml bulionu

pół łyżeczki kurkumy

łyżeczka przyprawy curry

 

Na maśle podsmażamy por razem z chili, imbirem i czosnkiem. Dodajemy marchewki i seler, chwilę razem smażymy, zalewamy bulionem i mlekiem kokosowym, dodajemy trawę ze zmiażdżoną końcówką, sos rybny, kurkumę, przyprawę curry i gotujemy na niewielkim ogniu do momentu aż warzywa będą miękkie, dodajemy kolendrę i jeszcze przez chwilę gotujemy. Miksujemy zupę kiedy jest gorąca, wyciągając wcześniej trawę cytrynową. Doprawiamy sokiem z limonki i ewentualnie cukrem, chociaż seler i marchewka są na tyle słodkie, że nie jest to konieczne.

 


niedziela, 23 stycznia 2011

 

 

 

krem z selera z oliwą truflową

 

 

 

Coś ostatnio zaniedbuję to moje miejsce w sieci. Omijam kuchnię szerokim łukiem, nie chce mi się tam przebywać, przygnębia mnie widok za oknem. Szarobury ogród, który aż woła aby się za niego wziąć, ale jest wciąż na to za zimno. Mokre liście, zmarniałe drzewa. Mroźne zimy nie były w planach tych, którzy te wszystkie egzotyczne rośliny sadzili, no bo przecież mroźnych zim w Irlandii teoretycznie nie ma. W dodatku złamała się palma przed domem, wygląda żałośnie. Jedyny moment w kuchni, który teraz lubię to poranki. Schodzę na dół opatulona w szlafrok w kompletnych ciemnościach, zapalam lampkę, mielę kawę, czekam aż się zaparzy, parząc palce na gorącym kubku czytam psalmy. W międzyczasie niebo za drzewami zaczyna zmieniać kolor i czarne poskręcane gałęzie buków zaczynają odznaczać się na tle jaśniejącego nieba. Wtedy w ogrodzie tańczą jeszcze cienie i to niebo przykuwa wzrok. Jest pięknie, ale czas iść pod prysznic. Kiedy wracam do kuchni po pracy jest już szaro i mżyście, a mgła nierozświetlona wstającym słońcem traci swoją magię.

Ten tydzień ma być lepszy, małe żółte kółeczko nad Belfastem na mapie pogody bardzo cieszy. Tymczasem zrobiłam sobie jasną lekką zupę, taki promyczek kulinarnej nadziei na nowy tydzień. Chociaż jeśli się rozpogodzi to jutro zamiast gotować chwytam za grabie.

Seler to moje ulubione warzywo ostatnimi czasy, jest takie słodkie i aromatyczne!. Namiętnie wrzucam wielkie kawały do rosołu i potem wyjadam. W sobotę wróciłam z zakupów z trzema okazami, zapowiada się selerowy tydzień.

 

 

Krem z selera z oliwą truflową

 

jeden seler (mój miał lekko ponad 500 g)

mała marchewka

kawałek pora (około 4 cm jasnej części)

mała cebulka lub 1 szalotka

2 ząbki czosnku

100 ml białego wina (u mnie Chardonnay)

Wywar z kurczaka/rosół*

łyżka masła

sól morska świeżo mielony pieprz

oliwa truflowa do polania**

 

 

*Tyle aby wywar sięgał do tego samego poziomu w garnku co warzywa. Gotowałam na rosole, który już sam w sobie był mocno selerowy

**Oliwa truflowa jest oczywiście opcjonalna w tym przepisie, choć moim zdaniem pasuje idealnie. To nie jest najtańszy składnik na świcie, ale przepyszny, jeśli raz się spróbuje to koniec - uzależnienie gotowe. Dobrze jest kupić bardzo intensywną, bo naprawdę niewiele wystarczy by zaromatyzować potrawę. Jeśli chcemy podać oliwę na stół aby każdy sobie sam polewał to taką mocno aromatyczną można wymieszać ze zwykłą oliwą z oliwek i nam się ta truflowa w cudowny sposób rozmnoży. Taka oliwa to świetny prezent dla kogoś kto lubi kucharzyć.

 

 

Cebulę i czosnek siekamy i dusimy na maśle, dodajemy resztę warzyw drobno posiekanych (por i marchew w cienkie plasterki, seler w kosteczkę), chwilę smażymy, dodajemy wino i wywar, przykrywamy i gotujemy aż do miękkości warzyw (około 10 min). Miksujemy, doprawiamy solą. Po nałożeniu do miseczek/kubków/filiżanek przyprawiamy świeżo zmielonym pieprzem (ja lubię grubo zmielonym) i polewamy oliwą truflową.

 

 

Inspirację do dania znalazłam w książce James Every Day Jamesa Martina. Przepis w książce różni się lekko proporcjami i zawiera śmietanę, ja z tego składnika zrezygnowałam zupełnie.


 

poniedziałek, 27 grudnia 2010

 

 

 

Christmas Eve borsch with mushroom tortellini

 

 

 

Czy Wy też czekacie na to danie cały rok? Ani postny barszcz, ani uszka, nie smakują tak o żadnej innej porze roku jak w Boże Narodzenie, albo w Nowy Rok. Oczywiście można by się kłócić o to czy to smak zimowych warzyw, czy to właśnie ten świąteczny czas ... lubię myśleć, że to właśnie to ostatnie. Jestem absolutnie początkującą barszczowarzechą, bo skoro go pichcę dopiero odkąd jestem na emigracji i robię to tylko raz w roku to w sumie miałam do niego raptem pięć podejść. Zdążę się wprawić zanim się zestarzeję. Numer pięć był całkiem przyzwoity, o czym świadczyć może chociażby użyty przy nim czas przeszły. Oto bowiem po raz pierwszy wpadłam na genialny pomysł ugotowania go dzień przed wigilią. Wszystko dzięki temu, że dzień wcześniej zapukał do drzwi kurier z paczką z garnkiem, co to go za udział w Gotujemy po polsku dostałam. Doskonały timing. Garnek jest tak piękny, że z zachwytu na następny dzień rano przystąpiłam do barszczu. Uszka czekały na swe przeznaczenie w zamrażarce. Na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło, zleciłam mężowi zakup koncentratu buraczanego w polskim sklepie ...  Ja wiem, wersja prawowita jest z zakwasem buraczanym z własnej pędzarni kwasów różnorakich, ale wiecie co, rok temu kisiłam te buraki i jakoś nie byłam zadowolona z efektu, może coś nie tak zrobiłam.

Uszka ... są z pieczarkami. Z pieczarkami dlatego, że w domu są dzieci. A dzieci jak to pewnie wiedzą już pewnie nawet ci, którzy jeszcze nie tak dawno tego nie wiedzieli, grzybów leśnych lepiej żeby nie jadły. Moje jeszcze nie jadły i ani one ani ja się nie kwapimy do tego, żeby to zmienić. Młodsze dziecko, natomiast odważyło się ostatnio zjeść pieczarki i twierdzi, że są jadalne. Szansa nikła na spożycie uszek podczas Wigilii chociaż przez jedno dziecko się pojawiła musiałam więc ją wykorzystać. Do tej pory moje uszka w nadzieniu miały kapustę i grzyby, co przekreślało to danie w oczach dzieci podwójnie. Ale skoro barszczu też nie jadły to się tym w ogóle nie przejmowałam. W tym roku było jednak zupełnie inaczej: oba komponenty zostały skonsumowane przez dzieci w ilości zadowalającej. Sukces pełną gębą. Jak by mi ktoś złotą chochlę dał, albo co.

 

 

Barszcz postny

 

1 kg buraków na 3 litry wody

3 duże marchewki

1 pasternak lub korzeń pietruszki

kawałek selera (u mnie 1/8 sporej sztuki)

5 ząbków czosnku

kilka suszonych grzybów uprzednio namoczonych

sok z 1 cytryny lub 3-4 łyżki koncentratu z  buraków lub octu winnego

10 ziarenek czarnego pieprzu

sól i pieprz

 

 

Grzyby namaczamy przez kilka godzin w niewielkiej ilości wody. Warzywa obieramy, kroimy na kawałki (buraki w ósemki, reszta w grube plastry), zalewamy zimną wodą, dodajemy namoczone grzyby z płynem, obrane ząbki czosnku, solidną łychę soli, ziarenka pieprzu i wstawiamy na kilka godzin (w zależności od czasu i wolnych palników - u mnie około 4) na dość wolny ogień, trzymając barszcz w temperaturze bezpiecznej, tzn niezbyt bliskiej wrzenia. Jeśli barszcz zacznie się gotować straci kolor i smak (ja to oczywiście wiem z doświadczenia, he he). Nic tak nie pomoże barszczowi natomiast jak porządne schłodzenie na noc. Nawet jeśli po kilku godzinach nie jest perfekcyjny, to po całej nocy spędzonej w warunkach chłodniczych dojdzie do siebie. Na następny dzień wystarczy podgrzać, doprawić solą i pieprzem i czymś kwaśnym, czyli cytryną, koncentratem, lub octem winnym. Ja użyłam koncentratu, no bo co się miał zmarnować jak już był. Nie zaszkodził ;)

 

 

Uszka z pieczarkami

 

1 i 1/2 szklanki mąki

1 jajko

kilka łyżek wody

250 g pieczarek

1 szalotka

2 łyżki masła

 

Szalotkę i pieczarki drobniutko siekamy. Topimy połowę masła w rondlu i powoli, na wolnym ogniu, smażymy na nim szalotkę, gdy już będzie zeszklona dodajemy pieczarki, chwilę smażymy, przykrywamy i dusimy aż do miękkości, dodając resztę masła, żeby nadzienie nie było zbyt suche. Ja po usmażeniu zawsze jeszcze przez chwilkę miksuję, bo moje uszka są na prawdę malutkie i nadzienie musi być drobne. Lubię kiedy nadzienie jest maślane. Po ostygnięciu masło zastyga, przez co nadzienie nie płynie, za to po ugotowaniu sprawia, że gorące uszka po prostu rozpływają się w ustach. Mąkę mieszamy z jajkiem i taką ilością wody aby wyrobione ciasto było elastyczne ale na tyle twarde żeby dało się cienko rozwałkować bez rwania się. Powinno bardziej przypominać ciasto na makaron niż na pierogi. Wycinamy małe krążki (używam okrągłej foremki 38 mm) nakładamy na nie niewielką ilość farszu, składamy wpół, sklejamy brzegi i następnie sklejamy rogi razem tak aby powstały uszka. Gotujemy w lekko osolonym wrzątku przez około minutę od momentu wypłynięcia na powierzchnię. Nieugotowane uszka świetnie się mrożą.


 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5