Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl
wtorek, 06 marca 2012

 

 

 

makaron z miętą i pancettą

 

 

 

 Powiem Wam skąd pochodzi większość moich książek kucharskich: od The Book People. To firma, która rozprowadza książki po miejscach pracy. Przyjeżdża sobie pan raz na dwa tygodnie, zostawia kupkę książek i cennik, wrac,a zbiera kasę i przynosi z furgonetki zamówione książki. Ceny są zazwyczaj bardzo dobre. Kiedy sobie te sample leżą przez dwa tygodnie na stoliku w pokoju nie-tylko-nauczycielskim to się człowiek ma okazję z nimi poznać bliżej. Jeśli łapię się na tym, że po jedną z nich sięgam niemal co przerwę to ją kupuję. Żadnego z tych bardzo przemyślanych zakupów nie żałowałam. Dzięki (lub przez) The Book People nigdy nie kupiłam żadnej książki Jamiego Olivera. Przyjemnie się je oglądało, ale nie na tyle żeby je kupić. Niedawno jednak, pan od The Book People zostawił dwie książki Jamiego w zestawie: Jamie's Ministry of Food i Jamie's Great Britain, po dychę (funciaków) za zestaw. Zaczęłam je przeglądać i nagle mnie oświeciło: przecież to są idealne książki dla mojego początkującego w kuchni męża! To są idealne książki dla tych, którzy gotować chcą się nauczyć! Dlatego może nigdy nie przemawiały do mnie z taką siłą jak do milionów Brytyjczyków ... dlatego, że wpadły mi w rękę dopiero po dwudziestu latach od momentu kiedy zaczęłam gotować?! O jaka szkoda, że mi nikt wtedy nie podarował (no bo nie mógł) jednej z nich!

To niewątpliwie pierwsze książki kucharskie, które kiedykolwiek dostał mój mąż (tak, tak zdziwiony i zaskoczony prezentem). Tak jak przypuszczałam znalazł tam dużo dań, które chce ugotować. Przekazałam więc Jamiemu wprowadzanie mojego męża w kulinarne arkana. Jest dobrze, jest smacznie, zapał nie ostygł.

 

Ten przepis pochodzi z Jamie's Ministry of Food. W książce jest to danie przygotowane z małych muszelek (u nas inny jak widać), groszku, bekonu, creme fraiche i dużej ilości mięty i cytryny. To, że wybór padł na to danie trochę mnie zdziwiło. Makaron z sosem kremowym i bekonem robiłam nie raz, robiłam też makaron w sosie kremowym z groszkiem  - to wszystko mój mąż konsumował ze smakiem ... ale przecież on nie lubi ziół! Chciałam napisać, że nie podziela mojego wobec nich entuzjazmu, ale to byłoby niedopowiedzenie. Jak wyszło i jak smakowało? Poczekajcie do końca, żeby się dowiedzieć.

 

 

Makaron z pancettą i groszkiem w kremowym sosie

 

 

10 plasterków bekonu lub pancetty (u nas to ostatnie, może być boczek)

mały pęczek mięty

150 g parmezanu

sól morska i świeżo mielony pieprz

400 g makaronu (małe muszelki, u nas orecchiette)

oliwa z oliwek

kawałek masła

300g mrożonego groszku

2 łyżki creme fraiche*

1 cytryna

 

 

* creme fraiche to rodzaj śmietany: bardzo tłusta i kwaśna

 

1. Ugotuj makaron według instrukcji na opakowaniu, zachowaj trochę (kubek) wody po makaronie.

W czasie kiedy makaron będzie się gotował:

2. Pokrój bekon w cienkie paseczki.

3. Posiekaj miętę.

4. Zetrzyj parmezan.

(tu już lepiej mieć makaron odcedzony, czekający na swą kolej)

5. Rozgrzej na patelni oliwę z dodatkiem masła, wrzuć na nią bekon, popieprz i smaż aż będzie złoty i chrupiący.

6. Dodaj zamrożony groszek i smaż około minuty.

7. Dodaj creme fraiche i miętę.

8. Dodaj ugotowany makaron, wymieszaj.

9. Wyciśnij na wierzch sok z cytryny (przez palce - niech się na nich zatrzymają pestki).

10. Poczekaj aż się sos zacznie znów gotować (przestał po dodaniu makaronu), dodaj trochę pomakaronowej wody, gdyby sosu było za mało, zagotuj.

11. Wyłącz palnik, posyp parmezanem, zamieszaj, dopraw solą i pieprzem wg potrzeby.

 

 

Mój mąż był zaskoczony tym, że tak proste w wykonaniu i tak szybkie danie może być tak pyszne, jak powiedział idealne kiedy masz gości i nie chcesz długo siedzieć w kuchni (tak, tak przy najbliższych gościach wypróbuje;)). Nie podszedł do swojego dania bezkrytycznie: stwierdził, że lepszy byłby bekon niż pancetta (rzeczywiście jakoś tak zniknęła), lepsza byłaby inna śmietana (jakiś kiepski ten nasz creme fraiche był, no i przy tej cytrynie niepotrzebny dodatkowy kwas), inny makaron (no, orecchiette wsiorbał cały sos), ale mięta musi być, bo bez mięty nie byłoby to danie tak świeże, nie? Tak, bez mięty nie miałoby sensu. To, że będzie mu smakowało danie z miętą było jasne już dla niego samego od momentu gdy ją posiekał, wrzucił na patelnię i uderzył go jej niesamowity zapach, nie mający wiele wspólnego z gumą do żucia. Czyli wszystko dobrze.

Pora na deser...


środa, 29 lutego 2012

 

 

 

rozgrzewająca zupa z soczewicą

 

 

 

Jeśli ostatnio dzieje się coś ekscytującego w mojej kuchni to tylko i wyłącznie za sprawą męskiej części rodziny. Ja sobie odpuszczam ... chociaż może niezupełnie. Robię sobie elektryzująco ekscytujące sałatki do pracy (a właściwie w pracy), doskonalę się w pizzy w każdy piątek, wczoraj w nocy zrobiłam pasztet ... zaskoczyłam rodzinę ostatnio 'normalnym' obiadem składającym się z ziemniaków, mięsa i surówki ... poza tym jemy makaron. Ci, którym przeszło przez myśl, że może specjalnie, mają rację: niech posiłki przygotowane przez mojego męża będą głównymi punktami tygodniowego menu. To dodatkowa motywacja.

Nie licząc ostatniego ciasta, które było na wielu płaszczyznach wyjątkowe, to ta zupa rzeczywiście ma zadatki na gwiazdę. Smakuje jak grochówka, ale w luksusowym wydaniu i jest bardzo, bardzo rozgrzewająca. Niestety nie mogę Wam podać źródła przepisu, bo go nie znam, mam przed sobą kartkę z przepisem, ale skąd ona pochodzi nie mam pojęcia.

 

W przepisie nie czają się żadne pułapki, można spokojnie przygotować sobie składniki, wyciągnąć garnek (minimum 3 litrowy) i gotować, żadnego dodatkowego sprzętu nie potrzeba. 

 

 

 

Rozgrzewająca zupa z soczewicą, bekonem i kurczakiem

 

 

1 łyżka oliwy

1 łyżka masła

4 plasterki bekonu z przerostem tłuszczu (może być boczek)

1 filet z udka kurczaka

2 cebule

2 ząbki czosnku

2 laski selera naciowego

2 marchewki

1 pasternak (można zastąpić korzeniem pietruszki)

2 pory

1.7 l słabego wywaru z kurczaka

175 g czerwonej soczewicy

2 łyżki posiekanej natki pietruszki

1/4 łyżeczki suszonego tymianku (u nas świeży)

1 liść laurowy

sól i pieprz

 

 

Notatki do listy zakupów:

Soczewica ma być łuskana, nie trzeba jej namaczać i szybko się gotuje. Taka jak ta.

 

1. Posiekaj w drobną kostkę cebulę, marchewkę (to najgorsza część), seler naciowy, pasternak/korzeń pietruszki- możesz je zsypać na jeden talerz - idą do gara razem.

2. Zmiażdż czosnek. Najłatwiej zrobić to za pomocą praski. Nie obieraj ząbków, po zmiażdżeniu czosnku (trzeba odkroić od praski nożem) wyciągniesz z praski pustą łupinkę wraz z resztkami - to bardzo ułatwia mycie praski! Dodaj czosnek do już pokrojonych warzyw.

3. Żeby umyć pory lepiej najpierw je posiekaj, potem wrzuć do dużej miski z zimną wodą, pomieszaj i odstaw na chwilę. Por wypłynie na wierzch a brud opadnie, wybierz por i przełóż na chwilę na durszlak do odsączenia. Dodaj do już posiekanych warzyw.

5. Pokrój bekon lub boczek na niewielkie kawałki.

6. Pokrój kurczaka w kostkę.

7. Odważ i opłucz soczewicę.

8. Podgrzej wywar/rosół/bulion - czegokolwiek używasz, ma być gorący.

9. Przygotuj pozostałe składniki.

10. Rozgrzej oliwę i masło, dodaj bekon i smaż na niewielkim ogniu mieszając aż się lekko przysmaży.

11. Dodaj kurczaka i smaż 3-4 minuty mieszając.

12. Dodaj przygotowane warzywa, zamieszaj, przykryj i duś około 10 minut mieszając od czasu do czasu.

13. Dodaj wywar, soczewicę i zioła, podkręć temperaturę i gotuj bez przykrycia 10 minut.

14. Zredukuj temperaturę, przykryj i gotuj kolejne 30 min.

15. dopraw solą i pieprzem.

16. Podawaj w ogrzanych miseczkach.

 

Natka pietruszki powinna trafić do zupy razem z innymi ziołami, ale równie dobrze można dodać ją dopiero na talerzu.



niedziela, 26 lutego 2012

 

 

 

Biszkopt Wiktoria

 

 

 

Podyktowane przez Piotrka (Mamo, Piotruś brzmi jak dzidziuś):

Fajnie było robić mój pierwszy Biszkopt Wiktoria. Wyszedł lepiej niż myślałem. Podjadałem surowe ciasto, żeby zobaczyć jak wyjdzie i czy będzie pasować do dżemu. Dżem był bardzo dobry i chciałem, żeby wypływał z ciasta. Byłem tak dumny z siebie, że aż dałem polską flagę na ciasto. Zaprosiłem koleżankę i kolegę żeby spróbowali mojego ciasta. Wszyscy, którzy jedli myśleli, że było bardzo dobre, ja też myślałem, że było dobre, ale aż chciało mi się wymiotować bo było takie słodkie i tak dużo zjadłem (sic!). Teraz chłopcy w naszym domu zaczęli gotować. Tato ma dobre dania, ale moje będą lepsze!

 



Nie tak dawno BBC emitowało program o pieczeniu dla dzieci Junior Bake Off, sędziowała w nim Mary Berry, moje dzieci program oglądały i to właśnie według przepisu jurorki Piotruś upiekł Wiktorię. Duma rzeczywiście go rozpierała, mnie też. Potrzebował odrobinkę pomocy przy całym przedsięwzięciu, ale ciasto w ogromnym stopniu samodzielne.

 

 

Biszkopt Wiktoria

 

4 duże jajka

225 g mąki samowznoszącej*

225 g drobnego cukru (trzymam w słoiku z laskami wanilii, był więc pachnący)

2 łyżeczki proszku do pieczenia (zredukowaliśmy do jednej)

225 g masła

dżem (u nas malinowy Bonne Maman)

śmietanka do ubicia (u nas 200 ml)

cukier puder do posypania (opcja)

 

* Mąka z dodatkiem proszku i sody lub soli - można sobie zrobić, odsyłam do Abbry

 

 

Biszkopt Wiktoria

 

 

Rozgrzej piekarnik do 180°, natłuść i wyściel papierem do pieczenia dwie 20 cm okrągłe formy. Utrzyj masło z cukrem, dodawaj stopniowo jajka i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia (po trochę na przemian). Ubij na puszystą masę. Rozdziel ciasto między formy, wyrównaj, piecz około 20 -25 min, albo do suchego patyczka, ciasto powinno być sprężyste. Studź przez 5 min w formach, potem na kratce. Po zupełnym przestudzeniu przełóż bitą śmietaną i dżemem. Posyp cukrem pudrem na wierzchu (bita śmietana na wierzchu to pomysł Piotrusia - a to dużo za dużo tego dobrego).

 


poniedziałek, 20 lutego 2012

 

 

 

ciasto bananowe z karmelowo kokosowym sosem

 

 

 

W męskiej szkole gotowania czas na deser.

To ciasto mój mąż wypatrzył w czasopiśmie wnętrzarskim (listopadowe Homes & Gardens), to znaczy ja sobie je wertowałam a on mi zerkał przez ramię. Usiłowałam jego uwagę skupić na kolorystyce wnętrz ale jedyne co w piśmie przykuło jego uwagę to to właśnie ciacho: azjatycka wersja karmelowego puddingu przedrukowana z książki Billa Grangera Bill's Everyady Asian. 

Wybór doskonały. Zdjęcie w czasopiśmie nie oddawało tego czym to ciasto naprawdę jest więc (moje też niestety nie bardzo), nie spodziewaliśmy się takiego efektu i byliśmy wielce, pozytywnie oczywiście, zaskoczeni. Po prostu pycha: miękkie ciasto jedzone na ciepło z chrupiącą skórką, wielce przyjemnymi bananami ... ale to nie wszystko: pod ciastem, dzięki temu, że ciasto posypuje się dużą ilością brązowego cukru (zyliardy kalorii) i polewa wodą (!), tworzy się bardzo smaczny kleisty karmel, który w połączeniu z mlekiem kokosowym i bananowym ciachem smakuje niebiańsko.

 

 

Dwie złote zasady autorki bloga, które dużo ułatwiają:

1.Wygooglaj składniki, których nie znasz, żebyś wiedział jak wyglądają!

2. Przeczytaj dokładnie opis wykonania zanim zaczniesz gotować. To może zdecydować o sukcesie ... lub jego braku.

 

Ciasto bananowe z sosem karmelowo-kokosowym

 

 

150 g mąki

1 i 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia*

115 g drobnego białego cukru

pół łyżeczki soli

3 banany

1 jajko

250 ml mleka

100 g masła

2 łyżeczki ekstraktu waniliowego**

140 g jasnego brązowego cukru

mleko kokosowe

 

 

*w przepisie mąka samo wznosząca (już z proszkiem) i takiej użyliśmy

**nie daliśmy, bo użyliśmy cukru do wypieków, który przechowuję w słoju z lakami wanilii.



Notatki do listy zakupów:

Tu chyba wszystko jasne? Jedynie kupno mleka kokosowego może być problematyczne - najlepiej szukać tam gdzie inne produkty z kuchni azjatyckiej. Są różne brązowe cukry, my użyliśmy jasnego muscovado - taki akurat mieliśmy w domu.

 

 

 

ciasto bananowe

 

 

 

1. Przygotuj formę do pieczenia: kwadratową foremkę o boku 20 cm (taka w przepisie i takiej użyliśmy) posmaruj masłem (nie tym odważonym!), nastaw piekarnik na 180 °

2. Rozpuść masło podgrzewając na lekkim ogniu lub w mikrofalówce, przestudź.

2. Odważ mąkę, dodaj do niej proszek do pieczenia i sól, wsyp do dużej miski (w niej będziesz mieszał ciasto).

3.Dodaj odważony biały cukier.

4.W drugiej misce rozgnieć widelcem jednego banana.

5. Dodaj do banana jajko, mleko, masło i ekstrakt waniliowy.

6. Wlej bananową mieszankę do mąki i cukru, dobrze wymieszaj. Uzyskasz płynne ciasto.

7. Wlej ciasto do przygotowanej formy.

8. Rozkrój dwa pozostałe banany wzdłuż, ułóż je na cieście, lekko się zatopią.

9. Posyp ciasto i banany jasnym brązowym cukrem - wszystkim, choć to się wydaje bardzo dużo.

10. Odmierz 125 ml wody i polej nią ciasto (choć to się wydaje dziwne)

11. Wstaw do piekarnika, piecz 25 - 30 minut.

12. Wiadomo, że ciasto jest gotowe jeśli drewniany patyczek (na przykład ten bambusowy do szaszłyków) wbity w ciasto wychodzi czysty.

13. Po nałożeniu porcji na talerz polej ją mlekiem kokosowym: wymiesza się z sosem karmelowym spod ciasta i będzie miód.

 

 

Przebywanie z moim mężem w kuchni to świetna zabawa, dawno się tak nie ubawiłam jak dzisiaj, doświadczenie uwalniające dużo pozytywnych emocji. Mój mąż jakby młodnieje przy kuchennym blacie, sypie żartami jak z rękawa, swoją niezdarność w posługiwaniu się kuchennym sprzętem okrasza uśmiechem, rozśmiesza mnie do łez  ... gdybyście widzieli jakie kombinacje alpejskie uprawiał, żeby banana przekroić na pół wzdłuż!

 

P.S.

Oj tam, oj tam kombinacje alpejskie od razu...Po prostu nie chciałem naruszyć kształtu, bo prosty banan to nie banan ;)

W związku z tym, że pomyślnie zakończyliśmy pierwszy etap męskiego gotowania, pozwoliłem sobie na premierowe parę słów na blogu mojego 'mistrza' kulinarnego.  Chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować za bardzo miłe uwagi i sympatyczne komentarze do moich poprzednich propozycji. Mam nadzieję, że moje kombinacje doprowadzą nas do super giganta. To mówiłem ja, Jarząbek


sobota, 18 lutego 2012

 

 

 

zapomniane ciasteczka

 

 

 

Nie wychodzą mi bezy, nigdy. Nie sądzę żeby chodziło tu o jakiś szczególny brak umiejętności bicia piany - zwalam wszystko na piekarnik z nawiewem, który posiada pewne zalety, ale bezy w nim bardzo ciężko upiec. Poddałam się po kilku próbach, żując brązowe ciągliwe kłapcie. Poddałam się bez szczególnego żalu, bo aż tak takich bez nie kocham, są inne smaczniejsze odmiany, które piekarnika nie wymagają, których w razie przypływu determinacji można by się nauczyć robić (włoskie - do piany dodaje się gorący syrop z cukru, który pianę gotuje; lub szwajcarskie ubijane w kąpieli wodnej). Determinacji w dziedzinie deserów jednak mi stale brak.

To chyba jest dość obserwowalne na tym blogu, coś mało malutko tu ciast. Nie jest jednak tak, że rodzina kulinarnej blogerki pozbawiona jest przyjemności jedzenia domowego ciacha. Bynajmniej! Mam parę swoich typów, które ostatnio tłukę na okrągło. Numerem jeden jest wciąż ciasto cytrynowe, które tutaj się już pojawiło w wykonaniu mej pięknej i zdolnej latorośli Magdalenki. Numerem dwa jest ciasto, którego jeszcze tu nie ma, ale pewnie, kiedy już uda mi się upiec go i utrzymać przez cały czas konsumpcji bez zakalca, będzie (nic Wam nie powiem oprócz tego, że z makiem). Numerem trzy ma się szansę stać mus czekoladowy według Raymonda Blanca z samej czekolady i białek na który trzymam czekoladę w pogotowiu na wypadek gdyby mi się zdarzyły jakieś wolne białka - co się do tej pory zdarzyło tylko raz. Mus miał dużą szansę znów powstać po Tłustym Czwartku, ponieważ w przypływie wolnego czasu w ten dzień wymodziłam pączki (według Viri). Po pączkach musu czekoladowego jakoś się nie chce ... ale wylewać sześć białek - o nie!

Wybaczcie gmatwaninę tego dyskursu, ale nowy wątek muszę wprowadzić.

Jestem dobrym czytelnikiem, czytam dość dużo. Nie jestem jednak czytelnikiem o którym marzą wydawcy - korzystam z bibliotek. Właściwie odkąd odkryłam, że nie ma książki, którą chciałabym przeczytać a której moja lokalna biblioteka nie może mi sprowadzić kupuję jeszcze mniej. Kocham więc moją bibliotekę chociaż pozornie wygląda ubogo. Rozbudowane ma jednak sekcje, które mnie bardzo interesują: kuchnię i ogrodnictwo. To w tej sekcji znalazłam kilka wybitnie inspirujących książek, których bym pewnie nigdy nie kupiła, bo jakoś na półkach księgarni ich brak. Musiałby ktoś mi je polecić żebym zaczęła w ich sprawie wszcząć poszukiwania w Amazonii. 

Ostatnią z tych książek jest A Table in the Tarn Orlando Murrina. Autora może znacie, był kiedyś redaktorem naczelnym czasopisma BBC Good Food. Jakiś czas temu Orlando wraz ze swoim życiowym partnerem porzucili życie w Londynie, kupili podupadającą 'chatę' na południu Francji i zamienili ją w pensjonat. Ilu z Was o tym marzy?

Kuchnia jest centralnym miejscem pensjonatu. Wszystko jest lokalne, albo zerwane we własnym ogródku, albo kupione od sąsiadów. Na śniadanie domowa granola, domowe dżemy i croissanty prosto z piekarnika. Wszystko bardzo gourmet, etc. Kolacja na nastrojowym tarasie, a po kolacji Orlando umila czas gościom grając na fortepianie. Dużo klimatu, dużo inspirujących przepisów, dużo tekstu, dużo lokalnych charakterów. Książka tak wpisana w miejsce jak to tylko możliwe. Do tego cudowne zdjęcia na matowym papierze. Książka bardzo non-glossy, ale jestem pewna, że wielu z Was lubi takie.

O zapomnianych ciasteczkach (no w końcu przechodzę do sedna :D) wyczytałam właśnie w niej. Wyczytałam i postanowiłam kiedyś zrobić. Kiedyś, jak to się czasem zdarza, niespodziewanie nastąpiło dwa dni po oddaniu książki do biblioteki - co akurat w tym przypadku nie nosiło znamion pecha, bo przepis wprost banalny i ważniejsza tu metoda niż proporcje.

Ciasteczka są zapomniane dlatego, że wsadza się je do mocno nagrzanego piekarnika, wyłącza się go i zapomina się o ciastkach na długo, najlepiej na całą noc. Ja ciasteczka zrobiłam tak:

Rozgrzałam maksymalnie piekarnik i pozwoliłam mu trochę pochodzić. Ubiłam białka (6) ze szczyptą soli na sztywno, stopniowo dodałam cukier puder (200 ml) i ubijałam aż piana była bardzo lśniąca. Dodałam filiżankę siekanych orzechów (poświąteczne resztki migdałów, laskowych i włoskich - były lekko oklapłe więc je podprażyłam i wystudziłam przed dodaniem do piany). Nałożyłam ciasteczka łyżeczką na wyścielone papierem do pieczenia (dodatkowo posmarowanym olejem) blaszki (2), wstawiłam do piekarnika, wyłączyłam piekarnik i zostawiłam w nim ciastka do rana. Rano okazało się, że ciasteczka nie są jeszcze całkiem wysuszone więc dosuszyłam je jeszcze piętnaście minut w około 100 stopniach.

Ciasteczka są wyśmienite, chrupiące i o wiele bardziej orzechowe niż mi się wydawało, że będą. Dzieciom bardzo smakowały.

Szukałam przepisów w sieci po polsku i jest kilka, prawie wszystkie w wersji z czekoladą zamiast orzechów (ten przepis wydaje się byc sympatyczny i w przeciwieństwie do mojego zwięzły i na temat -no i z dwóch białek nie sześciu) - bardzo kusząca kombinacja. Na szczęście trafiłam na nie już po zrobieniu swoich ciasteczek - dzięki temu resztki orzechów wyczyszczone, a czekolada na Raymondowy mus ocalała.

Zapomniane ciasteczka to w pewien sposób bezy i wyszły wbrew niewdzięczności mojego piekarnika - a jednak.

Pozdrawiam Was moi mili czytelnicy i życzę udanego weekendu!

 

 

P.S. Pomyślałam sobie, że mogłabym dodac link do hoteliku, więc trochę poszperałam. Okazało się, że hotelik został sprzedany, a chłopaki wrócili na Wyspę, gdzie z całą pewnością business się łatwiej prowadzi i fiskus nie zżera wszystkiego co zarobisz, prowadzą teraz inny przybytek.