Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl
sobota, 31 lipca 2010

 

 

makrela z nasturcją

 

 

Makrela z sałatką z nasturcji

 

jedna makrela na osobę

liście dowolnej sałaty

kwiaty i liście nasturcji*

masło do smażenia**

sól morska

pieprz

pieprz cayenne

wędzona czerwona papryka w proszku

kilka gałązek kopru włoskiego***

łyżka soku z limonki

 

*moje nasturcje dość marne i maleńkie, ale przynajmniej z własnej hodowli, co oznacza, że na pewno nie pryskane

** w zależności od ilości ryb i wielkości patelni, roztopione masło powinno sięgać dobrze ponad połowę grubości ryby, ale nie powinno jej przykrywać

***ma wyraźnie bardziej anyżkowy i słodszy smak niż koperek. można dać koperek i kawałek gwiazdki anyżowej

 

Makrelę filetujemy. Przyprawiamy solą, pieprzem, pieprzem cayenne i papryką. Masło topimy na patelni i gdy jest gorące wkładamy na nie rybkę najpierw skórą do dołu. Smażymy z każdej strony około 2 minut (dłuższe smażenie zamorduje tą delikatną rybę). W czasie smażenia wrzucamy posiekany koper i pod sam koniec wlewamy sok z limonki. Na talerzu układamy liście sałaty i nasturcji oraz jej kwiaty, obok układamy rybę. Sałatkę polewamy po prostu masłem ze smażenia ryby, które przez 4 minuty smażenia na pewno się nie spaliło, a jest bardzo smaczne koprowo-limonkowe.

 

sałatka z nasturcji

 

 

makrela z nasturcją

 

Ryby. Jak wiecie jestem świeżo po powrocie z Polski, zgadnijcie czy jadłam w Polsce rybę? Oczywiście nie jadłam, moja rodzina nie mieszka nad morzem tylko na Dolnym Śląsku, 500 km od najbliższej plaży. Wybraliśmy się, co prawda, z moją mamą, w bardzo sympatyczne miejsce: do takiej smażalni ze stawami hodowlanymi i dużą ilością zapraszających drewnianych ławeczek w cieniu brzózek, ale ... wszystko co było w stawach pływało brzuchami do góry. Po ochłodzeniu się w cieniu drzew poszliśmy do pobliskiej restauracji hotelowej, gdzie już nikt na stronę z rybami w menu nie miał ochoty patrzeć. Oglądałam ci ja polską telewizornię i polskie reklamy też ... już pewnie wiecie, którą konkretnie mam na myśli. Czy ktoś się z Was czuje zachęcony do jedzenia ryb po obejrzeniu? Miałam wrażenie, że podtekst jest taki: nie martw się, nasz sos tak doskonale zamaskuje smak ryby, że nawet nie poczujesz, że ją jesz. Wiecie, nawet najlepsze roux nie pomoże gdy niedobra jest ryba. Oczywiście są w polsce miejsca gdzie można dostać pyszną świeżą rybkę, mamy przecież morze i tysiące jezior, może nawet gdzieś są na tyle czyste rzeki, ale wielka część społeczeństwa do tych dobrych nie ma dostępu, więc jak ma je lubić. To co wpływa do marketów jako świeże często też jest najgorszej jakości. Można nie lubić nawet łososia jeśli się jadło tylko hodowlanego norweskiego.

Ja się więc Rodakom wcale nie dziwie, że nie lubią ryby, wcale. Opowiem wam o moim rybnym doświadczeniu. Pierwszymi rybami z jakimi się zetknęłam to te świąteczne: karp i śledź. Karpia nigdy nie polubiłam, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, w dodatku miałam historię z ością jako dziecko i skończyłam Wigilię przegryzając chleb z octem, brrr. Śledzie w occie uwielbiałam i uwielbiam do dziś, tak jak wszystkie marynowane rzeczy. Kiedy miałam 10 lat przeprowadziliśmy się do małego miasteczka na Dolnym Śląsku w którym był jeden sklep rybny. Na codzień można było w nim dostać ryby mrożone, wędzone, solone i marynowane. Czasem pojawiał się świeży pstrąg i oczywiście karp. Moi rodzice kupowali wędzoną makrelę i szprotki. Choć polubiłam makrelę, a szprotki nie bardzo, to te ostatnie bardziej utkwiły mi w pamięci. Rozrywaliśmy papierową torbę w którą były zapakowane i wszyscy się nad nią pochylaliśmy wyskubując rybie mięsko. Z tym pstrągiem to bardzo różnie było. Zdarzyło mi się nie raz jeść dobrze zrobionego i te pozytywne przeważyły nad negatywnymi pstrągowymi doświadczeniami. Najgorsze wydanie pstrąga dla mnie to pstrąg maksymalnie wysmażony; skórka może i chrupiąca ale pod nią suche wióry. Tu żaden sos nie pomoże.

Do jedzenia ryb na pewno nie zachęciły mnie idealnie wycięte piłą w prostopadłościany mrożone ryby. Może nie były takie straszne w smaku ale nienawidziłam ich przyrządzać, po prostu.

Wszystko się zmieniło po przeprowadzce do Irlandii, ale nie od razu. Bardzo powoli powiedziałabym, wciąż jestem gdzieś tam na początku tej rybiej drogi. Ale są już ryby, których absolutnie się nie boję. Makrela i śledź zdecydowanie do tych należą. Umiem wybrać najświeższe na stoisku, wiem jak sprawić, filetować. Teraz mogę sobie eksperymentować z ich przyrządzaniem, a jeśli nie będą smaczne to przynajmniej wiem, że nie dlatego, że nieświeże. Umiem zająć się mulami i nikogo nimi nie otruć. Oczywiście pojawia się u nas na stole i łosoś i tuńczyk ale kupuję je w filetach a nie w całości, tu mogę się zdać tylko na uczciwość fishmongera, czy mi prawdę o świeżości powie czy nie. Próbowaliśmy też sporadycznie innych ryb i owoców morza, ale na razie w ramach eksperymentów.

Przechadzałam się wczoraj z dziećmi po St. Georges Market. Nie w warunkach idealnych, bo objuczona byłam spodniami i butami szkolnymi, lunchboxami i gazetkami, w dodatku w przemoczonych butach, ale wycieczkę wzdłuż stoisk rybnych obowiązkowo zrobiliśmy. Najbardziej nas fascynuje oczywiście to co się jeszcze rusza. Ja już wiem, że taki żywy krab jest następny w kolejce do wypróbowania, ale moje dzieci jeszcze nie są na to gotowe. A skoro Piotruś, mój mały rybożerca, ma jeszcze opory to poczekamy. Wyszliśmy z targu jak zwykle z makrelami.

 

Właśnie sobie uzmysłowiłam, że większość dań z rybami jest porozrzucana po różnych kategoriach: curry, Dieta Proteinowa. Nie wiem, jak inni blogowicze, ale ja mam straszne problemy z kategoriami na blogu, dobrze, że przynajmniej są tagi, radzę bardziej korzystać z nich niż z kategorii na tym blogu. Ale obiecuję troszkę posprzątać.


piątek, 30 lipca 2010

 

 

dip z anchois i kaparów

 

 

Zakwitły dwa kolejne kwiatki cukinii, na ich jedzenie mam w domu wyłączność, nikt się nie kwapi do próbowania, a ja ich szczególnie nie namawiam. To samolubne bardzo. Kwiatki są męskie, żeńskie ledwo w pączkach, nie chciałam na nie czekać bo te mogłyby zmarnieć do czasu obfitszego kwitnienia. To co widzicie na zdięciu to mariaż dwóch pomysłów chodzących mi po głowie: kwiatów w tempurze nadziewanych fetą i sosu do pizzy wg Aussignaca na bazie anchois i kaparów. Ale ani fety ani pizzy tu nie zobaczycie, zostały tylko kwiatki w tempurze a z sosu zrobił się dip. Dip smakował lekko inaczej niż sobie wyobrażałam i podsunął mi świetną myśl. Po pierwszym kęsie kwiatka z dipem doznałam olśnienia: w lodówce jest zielony ogórek! Zielony ogórek, toż ten dip dla tego ogórka nieświadomie został stworzony. To było bardzo dobre. Najbardziej pozytywnie zaskoczyło mnie to, że ogórki z dipem bardzo smakowały mojemu Martiniemu, który ani anchois ani kaparów nie lubi. Ale do rzeczy:

 

 

Pomidorowy dip na bazie anchois i kaparów

 

proporcje można dowolnie zmieniać, to jest tylko moja propozycja

pół puszeczki anchois (odsączonych)

łyżka kaparów

łyżka octu balsamicznego

dwa włoskie pomidory z puszki

3 łyżeczki brązowego cukru

szczypta soli i pieprzu

 

Anchois i kapary wraz z pomidorami miksujemy z grubsza i wlewamy do małego rondelka. Dodajemy cukier, ocet i przyprawy i gotujemy poprawiając smak wg. uznania, gdy sos zgęstnieje odstawiamy i miksujemy jeszcze raz aż stanie się bardziej kremowy w konsystencji.

 

 

Tempura

 

1 jajko

łyżka mąki

pół filiżanki wody gazowanej

sól

 

Składniki mieszamy, zanużamy w cieście dowolne warzywa (lub kwiatki) i smażymy na głębokim tłuszczu. Z racji, że przepis zawiera wodę gazowaną tempura nie powinna stać i powinno się przy niej szybko pracować.


czwartek, 29 lipca 2010

Na stronie BBC znalazłam przepis, który mnie po prostu oczarował: malinowy fool z cytrynowo-lawendowymi kruchymi ciasteczkami (kliku klik). Moja wyobraźnia poniosła mnie ciut dalej i wpadłam na pomysł zrobienia z tego samego zestawu składników mille-feuille: troszkę cieńsze niż w przepisie ciasteczka przełożone malinami z bitą śmietaną. Hmm...

Upiekłam ciasteczka, wyszły delikatne i przecudnie pachniały, ubiłam śmietanę i dopiero wtedy sięgnęłam po kobiałeczkę malin. Z wierzchu wyglądały bardzo ładnie, ale pod spodem były wszystkie nadpleśniałe. Niestety. Ale nie ma co rozpaczać same ciasteczka są pyszniutkie, takie wyraziste, z charakterem. Nie ma co ich spychać na drugi plan.

 

 

ciasteczka lawendowo cytrynowe

 

 

Ciasteczka lawendowo-cytrynowe

 

55 g masła

2 łyżki cukru pudru

po 40g mąki zwykłej i samowznoszącej*

1 łyżka suszonych kwiatów lawendy**

skórka otarta z 1 cytryny

miałki cukier po posypania

1żółtko***

 

*ewentualnie 80 g zwykłej i proszek do pieczenia odpowiadający 40 g mąki

** użyłam suszonej pomieszanej ze świeżą

*** mój dodatek, w oryginalnym przepisie żółtka nie ma, ale mi te sypkie produkty nie chciały się połączyć więc dodałam

 

Ucieramy masło z cukrem pudrem na puszystą masę, dodajemy mąki, lawendę i cytrynę, zagniatamy, formujemy kulkę i obtaczamy ją w miałkim cukrze. Zawijamy w folię i chowamy do lodówki na 30-45 min. Po schłodzeniu wałkujemy (w przepisie na półtora centymetra, u mnie na mniej niż pół), wycinamy ciasteczka, przekładamy na natłuszczoną blachę i pieczemy w temp. 170° przez 10-12 min.

środa, 28 lipca 2010

 

Słodkie, długie, czerwone papryki - uwielbiam je. Są słodkie i chrupiące, stworzone do sałatek, choć znakomite też na inne sposoby. Nie mają tyle miąższu co zwykłe czerwone papryki, ale ich smak to rekompensuje. Tak jak normalne papryki, te stają się jeszcze słodsze pieczone, a jeszcze bardziej odpowiednio przyprawione. Moim zdaniem nic tak nie podbija słodyczy jak chili i ocet balsamiczny, dlatego moją paprykę przed pieczeniem skropiłam oliwą, octem balsamicznym, posypałam świeżym chili i czosnkiem. Piekłam pod bardzo gorącym grillem w piekarniku przez pięć minut, posypałam pokruszoną fetą, liśćmi rukoli i odrobiną parmezanu. Takie wakacyjne późne śniadanie.

 

grillowana papryka

wtorek, 27 lipca 2010

Trzy i pół tysiąca mil. Tyle zrobiliśmy jadąc do Polski samochodem. Zdarzyło nam się to pierwszy raz, ale doświadczenie było bardzo pozytywne i na pewno taką samochodową wyprawę jeszcze powtórzymy. Przynajmniej przez trzecią część tej drogi myślałam o tym co się stanie/stało z moimi cukiniami i pomidorami posianymi jeszcze w maju. Pomidorki posiane w doniczce na kuchennym parapecie przeżyły, choć leciutko się nadwątliły, a ja cały czas miałam wizję uschniętych, poczerniałych badylków. To, że cukinia w doniczce na tarasie przeżyje, wiedziałam, miałam tylko nadzieję, że nie przegapię kwiatków, najczarniejszą wizją były wielkie rozdmuchane cukinie ponadgryzane przez ślimaki. Dlatego pierwsze co zrobiłam gdy tylko podjechaliśmy pod dom to popędziłam do moich roślinek. Pomidory mnie uspokoiły, cukinia w początkowym stadium kwitnienia i owocowania, w dodatku wzeszło i dość podrosło oregano, którego nigdy nie udało mi się samodzielnie wyhodować. Jedno wielkie uff.

 

 

kurżetki

 


Kurżetki (maleńkie cukinie) i kwiatki będą się pojawiały pewnie u mnie na blogu w miarę kwitnienia, krzaczki wyglądają bardzo obiecująco . Dzisiaj zerwałam dwa męskie kwiaty i wszystkie trzy kurżetki, które kwiatków już niestety nie miały. Przyrządziłam je według przepisu znalezionego w majowym Delicious.


 

kurżetki z kwiatami w oliwie

 

 

Kurżetki z kwiatkami w oliwie

 

dowolna ilość kurżetek i kwiatów

czosnek wg uznania

oliwa

sól morska w płatkach

pieprz

 

Układamy kurżetki na dnie naczynia, posypujemy czosnkiem pokrojonym w plasterki, przyprawiamy, dolewamy oliwy na wysokość 5-6 mm a później wody tak by tylko przykryła kurżetki. Przykrywamy częściowo i gotujemy do momentu wyparowania wody. Ta metoda działa jednak tylko wtedy, jeśli kurżetki są ułożone ciasno, jeśli nie to czas gotowania należy skrócić, ja swoje maleństwa gotowałam około 5 minut i kwiaty wyciągnęłam wcześniej, gdy tylko solidnie zwiędły.