Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl
środa, 30 czerwca 2010

 

 

chili con carne calzone

 

 

Wspominałam w ostatnim wpisie o calzone, prawda? Ale nie napisałam, że w środku zamiast pizzowego toppingu było chili con carne. Kiedyś już podawałam przepis na chili con carne (klik), ale tamta wersja była dość wypasiona, tym razem zrobiłam tylko z mięsa, cebuli, pomidorów, czerwonej fasoli i chili. Taka prostsza wersja jest po prostu wygodniejsza gdy jeszcze musimy zajmować się ciastem. Choć ja się w sumie moim ciastem mało zajmuję, samo sobie daje radę. Wyrabiam je tylko chwilkę rano a po przyjściu z pracy odkrywam w misce wielką nadmuchaną poduchę. To wygodne rozwiązanie. A o tym jak piszę ciasto pisałam też w poprzednim wpisie (klik). Oprócz składników na ciasto do pizzy i chili con carne, do dania potrzebna jest mozarella.

I gdzie ja tak pędzę? Tu kliknij, tam kliknij, wszystko szybko i po łebkach ... Spieszę się bo się z Wami żegnam na kilka tygodni, spieszę się do wypoczynku, do Polski, do tych łąk...

Jeszcze tylko wizualna instrukcja sklecania calzone i mała informacja, że piecze się je w temp powyrzej 200° przez około 10 min.

A teraz zostawiam Was z moimi kwiatkami. Wakacje jak wakacje bardzo szybko miną więc do rychłego zobaczenia. Pozdrawiam serdecznie wszystkich i życzę miłego letniego wypoczynku :)

 

 

chili con carne calzone

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

 

ogród

 

 

ogród

wtorek, 29 czerwca 2010

 

 

fozaccia z lawendą i czosnkiem

 

Lawenda zakwitła, ale dlaczego tylko jeden krzaczek? Krzaczków jest cztery: dwa stare i dwa młode, zakwitł jeden z młodych. Mam nadzieję, że ten się pospieszył i nie oznacza to, że reszta nie zakwitnie.

W poszukiwaniu przepisów lawendowych natknęłam się na przepis na focaccię z lawendą (kliku klik) i wydał mi się to przepis idealny dla początkującego lawendojada: zawsze można kwiatki, jeśli nie smakują, strzepnąć z focacci. Ale takiej potrzeby nie było, nie dałam lawendy zbyt dużo i o żadnym mydlanym smaku nie było mowy, mogłam jej nawet sypnąć więcej. Nie śledziłam przepisu z powyższej strony, ale wykorzystałam sam pomysł, dlatego podaję przepis własny, a oryginał zostawiam Wam do przestudiowania.

Ciasto na focaccię i pizzę robię dokładnie tak samo: na każde pół kilo mąki daję łyżeczkę suszonych drożdży, pół łyżeczki soli, wody ile ciasto weźmie i trochę oliwy, no tylko, że przy focacci może jest tej oliwy trochę więcej. Dzisiaj robiłam calzone i odebrałam trochę wyrośniętego ciasta na focaccię: rozciągnęłam, przygniotłam trochę opuszkami palców, posmarowałam oliwą, posypałam dwoma zmiażdżonymi ząbkami czosnku, kwiatkami lawendy i płatkami soli morskiej. Piekłam około 10 min w temperaturze 200°.

Pyszna jest taka focaccia: chrupiąca, słonawa, pachnąca oliwą czosnkiem, no i ta lawendowa nuta: wspaniała.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

 

 

Syrop z róży

 

 

Dziwne sny miewam ostatnio. W sobotę zasnęłam o ósmej wieczorem, obudziłam się po dwóch godzinach, schowałam pranie do domu, umyłam zęby i położyłam się znowu, żeby obudzić się o ósmej w niedzielę. Przez ten cały czas śniło mi się, że zrywam róże z krzaka przed domem i robię z niego syrop. Kiedy tylko mój sen zaczął dryfować w inną stronę przed oczyma ukazywała mi się wielka różowa róża i dalej gotowałam ten syrop.W śnie nie mogłam się doczekać kiedy wstanę i te róże pozrywam. Ale to tylko w śnie, w rzeczywistości miałam bardzo wolny poranek: kawa i godzinne odpalanie staruszka laptopa. Gdy staruszek się w końcu obudził okazało się, że coś w nim mocno nie gra i zanim sobie z tym poradziłam nie było już szansy na zrywanie róż zaraz po opadnięciu porannej rosy*. Ok, zrywane w południe, ale słońce jeszcze z drugiej strony domu było i nie nagrzało ich jeszcze. Poobrywałam wszystko co w miarę młode, zważyłam i okazało się, że jest równe 225 g, tyle ile wymagał mój przepis, a przepis pochodzi od babeczki, która jest ostatnio autorytetem kulinarnym nr 1 dla mnie: Dariny Allen. Przepis pojawił się w książce, o której już wspominałam : Forgotten Skills of Cooking.

* Czegoś takiego jak rosa jeszcze w Irlandzku Północnym nie doświadczyłam, ale pewnie jest, gdzieś tam...

 

 

Syrop z róży

 

225 g płatków z niepryskanej wonnej róży

700 g cukru

2 łyżki soku z cytryny

 

Przepis nie podaje ilości wody, ale domyślam się, że chodziło o ilość w której da się ugotować taką ilość płatków róży, czyli około 2 litry. Z resztą co za różnica, jeśli da się mniej lub więcej zmieni się tylko czas redukowania syropu. Płatki wsadzamy do zimnej wody, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy delikatnie przez 20-30 min. Przecedzamy i dokładnie wyciskamy płyn z płatków. Do płynu dodajemy cukier i sok z cytryny, gotujemy aż się zredukuje do syropu. Wlewamy do wysterylizowanych butelek - u mnie wysokich słoiczków - i zakręcamy.

A co potem z tym syropem? Można nim perfumować  i słodzić bitą śmietanę do deserów, lody, sałatki owocowe, ale przede wszystkim jest nieoceniony w marokańskich deserach, takich jak keneffa.

niedziela, 27 czerwca 2010

'Co się robi w piekarniku?' zapytał mój mąż, przywiedziony do kuchni nieziemskim zapachem. 'Zupa' odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Oglądałam ostatnio program Delicious Miss Dahl po raz pierwszy w życiu z resztą i bardzo się w klimat wciągnęłam. Podobała mi się każda rzecz, którą kobitka ugotowała, za wyjątkiem może biszkoptu przełożonego maślaną masą. Zupa tak mi z ekranu pachniała, że musiałam ją zrobić. Nie śledziłam wiernie przepisu, który na pewno można odnaleźć na www.bbc.co.uk/food, lecz robiłam z pamięci.

To co mnie absolutnie w tym przepisie pociągnęło to słodzone pomidory i ta słodycz podciągnięta octem balsamicznym. O tej samej kombinacji pisał Pascal Aussignac kiedy wspominał gotowanie ze swoją mamą, właśnie ta kombinacja stanowiła bazę sosu do ich ulubionej pizzy. Co mi wtedy uświadomiło, że sama zbyt po macoszemu traktuję ten składnik pizzy i że w sumie choć pomidory kocham to jednak mało jeszcze o nich wiem. Teraz po tej zupie jestem bogatsza o jedno doświadczenie i powiem wam tyle: jeśli nie lubicie pomidorów na ciepło, a wiem, że dużo ludzi ich nie lubi, to następnym razem posypcie je cukrem i skropcie octem balsamicznym. To jest zupełnie inne doznanie niż ni to słodka ni to kwaśna ni to czerwona papka.

 

 

pomidorówka Sophie Dahl

 

 

Pomidorówka Sophie Dahl

 

włoskie pomidory (dowolna ilość)

główka czosnku

gałązki świeżego tymianku

brązowy cukier

sól i pieprz

ocet balsamiczny

sos worcestershire

 

 

pomidorówka Sophie Dahl


 

Pokrojone pomidory, wraz z gałązkami tymianku i czosnkiem przekrojonym na pół kładziemy na głęboką blaszkę (na tyle głęboką żeby mogły się gromadzić w niej soki), posypujemy brązowym cukrem i polewamy oliwą z oliwek. Pieczemy około 40 min w temp 180-190°. Wyciągamy tymiankowe łodyżki i wyłuskujemy czosnek z łupinki, najlepiej jeszcze powybierać skórki od pomidora. Sohie tego nie robiła, ale używała innych pomidorów no i na pewno ma lepszy blender od mojego, w mojej zupie pozostały pałeczki ze skórki i musiałam w końcu zupę przetrzeć przez sito. Do blendera wsadzamy pomidory i czosnek i wlewamy cały sok z blachy. Miksujemy, doprawiamy, dodajemy po kilka kropli sosu worcestershire i octu balsamicznego. Zupa jest zadziwiająco kremowa, choć nie ma w niej ni grama śmietany. Jest pyszniutka. Sophie podawała ją z pieczonymi ziemniakami nadziewanymi kozim serem, na które przepis na wyżej wspomnianej stronie też można odnaleźć.

Życzę smacznego tym, którzy się skuszą, a skusić się warto.


piątek, 25 czerwca 2010

 

 

chorizo paella

 

 

 

Wciągnęliśmy się w paellę, to znaczy my dorośli. Dzieci dalej wyjadają poszczególne składniki dania, Madzia mięsko, Pitu krewetki. Najważniejsze, że głodni od stołu nie wstają :) A my, duzi, tylko dokładamy sobie i dokładamy. Ostatnio w supermarkecie w którym zazwyczaj robię zakupy pojawiło się chorizo do gotowania, w postaci małych kiełbasek, takie w plasterkach było wcześniej, ale własnej supermarketowej marki i niezbyt dobre. Kupiłam z myślą o dwóch daniach: o paelli i tortilli. Do tego drugiego jeszcze się nie przymierzyłam, ale mam nadzieję, że w najbliższym szasie się uda (bo inaczej kiełbasce się termin skończy). Paellę robiłam dokładnie tak samo jak paellę z kurczakiem ale zamiast kurczaka dodałam trzy kiełbaski chorizo pokrojone w plasterki i solidną garść pokrojonej fasolki szparagowej.

Bardzo kolorowe danie: samo chorizo ma w sobie dużo papryki i piękny kolor, ale i tak dodałam trochę sproszkowanej wędzonej słodkiej papryki i kurkumy (znów zamiast szafranu). Do mnie kolor na talerzu przemawia bardzo.

Muszę też przeznać, że krewetkom towarzystwo chorizo bardzo dobrze robi, doskonale chłoną tego typu smaki. Nie bez powodu krewetki i przegrzebki często zawijane są w bekon, pancettę czy cokolwiek innego wędzonego i aromatycznego. Ale owoce morza nie są obowiązkowe w paelli, więc jeśli nie lubicie krewetek dodajcie co chcecie!

 

 

 

chorizo

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5