Kulinarny pamiętnik
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Copyright Ewa Szlachta 2009-2016
Instagram
Pinterest
Piszę też na
Szablon od:
Tagi
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Durszlak.pl
piątek, 31 grudnia 2010

 

 

 

lody bananowe

 

 

 

Ano najdroższe: kosztowały mnie mój malakser. Nie dośc, że mie mam tego za który już kiedyś zapłaciłam to jeszcze będę musiała kupic nowy.

Zachciało mi się domowych lodów to mam. Bo to, że James Martin wrzuca do swojego telewizyjnego malaksera zamrożone banany i maślankę, a tamten nawet drgnie, to nie znaczy, że ja mogę. Mój podskoczył do góry ze zdziwienia, ale zanim zdechł zdążył na tyle rozdrobnic banany, że pracę można było dokończyc ręcznym mikserem. Ale lody były smaczne ... przynajmniej to.

 

Częstujcie się lodami i pozwólcie sobie pożyczyc wszystkiego najlepszego. Niech Wam się marzenia spełniają! A sobie życzę, żebyście nadal do mnie zaglądali. Bawcie się dobrze!


Tagi: banany lody
16:26, nobleva
Link Komentarze (20) »
środa, 29 grudnia 2010

 

 

 

smoked salmon and pesto tagliatelle

 

 

 

Tagliatelle z bazyliowo - migdałowym pesto i wędzonym łososiem

 

 

liście bazylii z całej roślinki (dwie garście)

50 g tartego parmezanu

50 g płatków migdałów

50 ml oliwy z oliwek

1 obrany ząbek czosnku

opakowanie tagliatelle

płat wędzonego łososia (ilość na porcję wg uznania)

 

Bazylię, parmezan, migdały, czosnek i oliwę wrzucamy do blendera i miksujemy na dość gładką masę. Gotujemy makaron, odcedzamy, mieszamy z pesto. Pokrojonego w paseczki łososia dodajemy dopiero po nałożeniu makaronu na talerze, inaczej się rozpadnie.


poniedziałek, 27 grudnia 2010

 

 

 

Christmas Eve borsch with mushroom tortellini

 

 

 

Czy Wy też czekacie na to danie cały rok? Ani postny barszcz, ani uszka, nie smakują tak o żadnej innej porze roku jak w Boże Narodzenie, albo w Nowy Rok. Oczywiście można by się kłócić o to czy to smak zimowych warzyw, czy to właśnie ten świąteczny czas ... lubię myśleć, że to właśnie to ostatnie. Jestem absolutnie początkującą barszczowarzechą, bo skoro go pichcę dopiero odkąd jestem na emigracji i robię to tylko raz w roku to w sumie miałam do niego raptem pięć podejść. Zdążę się wprawić zanim się zestarzeję. Numer pięć był całkiem przyzwoity, o czym świadczyć może chociażby użyty przy nim czas przeszły. Oto bowiem po raz pierwszy wpadłam na genialny pomysł ugotowania go dzień przed wigilią. Wszystko dzięki temu, że dzień wcześniej zapukał do drzwi kurier z paczką z garnkiem, co to go za udział w Gotujemy po polsku dostałam. Doskonały timing. Garnek jest tak piękny, że z zachwytu na następny dzień rano przystąpiłam do barszczu. Uszka czekały na swe przeznaczenie w zamrażarce. Na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło, zleciłam mężowi zakup koncentratu buraczanego w polskim sklepie ...  Ja wiem, wersja prawowita jest z zakwasem buraczanym z własnej pędzarni kwasów różnorakich, ale wiecie co, rok temu kisiłam te buraki i jakoś nie byłam zadowolona z efektu, może coś nie tak zrobiłam.

Uszka ... są z pieczarkami. Z pieczarkami dlatego, że w domu są dzieci. A dzieci jak to pewnie wiedzą już pewnie nawet ci, którzy jeszcze nie tak dawno tego nie wiedzieli, grzybów leśnych lepiej żeby nie jadły. Moje jeszcze nie jadły i ani one ani ja się nie kwapimy do tego, żeby to zmienić. Młodsze dziecko, natomiast odważyło się ostatnio zjeść pieczarki i twierdzi, że są jadalne. Szansa nikła na spożycie uszek podczas Wigilii chociaż przez jedno dziecko się pojawiła musiałam więc ją wykorzystać. Do tej pory moje uszka w nadzieniu miały kapustę i grzyby, co przekreślało to danie w oczach dzieci podwójnie. Ale skoro barszczu też nie jadły to się tym w ogóle nie przejmowałam. W tym roku było jednak zupełnie inaczej: oba komponenty zostały skonsumowane przez dzieci w ilości zadowalającej. Sukces pełną gębą. Jak by mi ktoś złotą chochlę dał, albo co.

 

 

Barszcz postny

 

1 kg buraków na 3 litry wody

3 duże marchewki

1 pasternak lub korzeń pietruszki

kawałek selera (u mnie 1/8 sporej sztuki)

5 ząbków czosnku

kilka suszonych grzybów uprzednio namoczonych

sok z 1 cytryny lub 3-4 łyżki koncentratu z  buraków lub octu winnego

10 ziarenek czarnego pieprzu

sól i pieprz

 

 

Grzyby namaczamy przez kilka godzin w niewielkiej ilości wody. Warzywa obieramy, kroimy na kawałki (buraki w ósemki, reszta w grube plastry), zalewamy zimną wodą, dodajemy namoczone grzyby z płynem, obrane ząbki czosnku, solidną łychę soli, ziarenka pieprzu i wstawiamy na kilka godzin (w zależności od czasu i wolnych palników - u mnie około 4) na dość wolny ogień, trzymając barszcz w temperaturze bezpiecznej, tzn niezbyt bliskiej wrzenia. Jeśli barszcz zacznie się gotować straci kolor i smak (ja to oczywiście wiem z doświadczenia, he he). Nic tak nie pomoże barszczowi natomiast jak porządne schłodzenie na noc. Nawet jeśli po kilku godzinach nie jest perfekcyjny, to po całej nocy spędzonej w warunkach chłodniczych dojdzie do siebie. Na następny dzień wystarczy podgrzać, doprawić solą i pieprzem i czymś kwaśnym, czyli cytryną, koncentratem, lub octem winnym. Ja użyłam koncentratu, no bo co się miał zmarnować jak już był. Nie zaszkodził ;)

 

 

Uszka z pieczarkami

 

1 i 1/2 szklanki mąki

1 jajko

kilka łyżek wody

250 g pieczarek

1 szalotka

2 łyżki masła

 

Szalotkę i pieczarki drobniutko siekamy. Topimy połowę masła w rondlu i powoli, na wolnym ogniu, smażymy na nim szalotkę, gdy już będzie zeszklona dodajemy pieczarki, chwilę smażymy, przykrywamy i dusimy aż do miękkości, dodając resztę masła, żeby nadzienie nie było zbyt suche. Ja po usmażeniu zawsze jeszcze przez chwilkę miksuję, bo moje uszka są na prawdę malutkie i nadzienie musi być drobne. Lubię kiedy nadzienie jest maślane. Po ostygnięciu masło zastyga, przez co nadzienie nie płynie, za to po ugotowaniu sprawia, że gorące uszka po prostu rozpływają się w ustach. Mąkę mieszamy z jajkiem i taką ilością wody aby wyrobione ciasto było elastyczne ale na tyle twarde żeby dało się cienko rozwałkować bez rwania się. Powinno bardziej przypominać ciasto na makaron niż na pierogi. Wycinamy małe krążki (używam okrągłej foremki 38 mm) nakładamy na nie niewielką ilość farszu, składamy wpół, sklejamy brzegi i następnie sklejamy rogi razem tak aby powstały uszka. Gotujemy w lekko osolonym wrzątku przez około minutę od momentu wypłynięcia na powierzchnię. Nieugotowane uszka świetnie się mrożą.


 

czwartek, 23 grudnia 2010

 

 

Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę szczególnych Świąt Bożego Narodzenia. Może to będzie uścisk dłoni kogoś bliskiego, może spadająca gwiazda na zimowym niebie, może nagłe wzruszenie, że uszka smakują daokładnie tak jak te, które robiła Babcia, może uśmiech na twarzach najmniejszych dla których to pierwsze Boże Narodzenie. Niech to będzie cudowny czas, bo przecież to wspomnienie Nocy Cudu. Życzę Wam dotyku Wszechmocnego.

 

 

 

 

10:08, nobleva
Link Komentarze (17) »
środa, 22 grudnia 2010

 

 

 

apple tea bread

 

 

 

Rozsmakowaliśmy się w tym chlebku - piekłam go już dwa razy w tym tygodniu, za każdym razem trochę inaczej.  Pierwszy piekłam ściśle według przepisu*: miał w sobie dużo rodzynek, jabłko i sok jabłkowy, a na wierzchu ciasno poukładane połówki plasterków jabłka. Mi ta wersja smakowała ogromnie, ale moje dzieci nie przepadają za rodzynkami, poza tym źle go upiekłam - zapomniałam, że powinnam zmniejszyć temperaturę z racji tego, że mój piekarnik ma nawiew - efekt był taki, że ciasto pod jabłkami było niedopieczone a na około przypieczone - musiałam pokroić środek ciasta na plastry i dopiec w piekarniku - całkiem smaczne biscotti wyszło. Drugi (na zdjęciu) piekłam bez rodzynek, z podwójną ilością jabłka w środku, z herbatą zamiast soku jabłkowego i bez jabłek na wierzchu. Dopiero pod sam koniec pieczenia wrzuciłam na wierzch jabłkowe kwiatuszki ku ozdobie.

 

 

Chlebek jabłkowy

 

125 g masła

125 g drobnego brązowego cukru

275 g rodzynek

można się bez nich obejść

150 ml soku jabłkowego

herbata też się sprawdziła, chodzi o sam płyn

1 jabłko, obrane i posiekane

do drugiego dałam dwa, ale nie dodałam rodzynek, myślę, że więcej jabłek też nie zaszkodzi

2 jajka, roztrzepane

275 g mąki

1/2 łyżeczki cynamonu

dałam całą łyżeczkę do obu wypieków

1/2 łyżeczki mielonego imbiru

zamiast imbiru dałam całą łyżeczkę przyprawy do piernika

2 łyżeczki sody

1 jabłko pokrojone w plasterki

to też jest opcja, ale jabłka na wierzchu są smaczne, ciasto powinno dobrze się upiec w odpowiednio nastawionym piekarniku

 

 

Masło, cukier, sok jabłkowy i rodzynki podgrzewamy w rondelku aż do momentu kiedy cukier się rozpuści i masło stopi. Przelewamy do miski i odstawiamy do wystygnięcia. Kiedy mieszanka jest już chłodna dodajemy posiekane jabłko i jajka, mieszamy. Przesiewamy mąkę, sodę i przyprawy prosto do mieszanki, mieszamy. Przelewamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 50-60 min w temp. 180° (160 w piekarniku z nawiewem!)

 

*Przepis znalazłam w książeczce Breads and Baking wydawnictwa Flaming Tree Publishing.

 
1 , 2 , 3 , 4