|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Muzyka dla duszy
Napisz do mnie
Teraz czytam
Tu zaglądam
Zajrzyj tutaj
Tagi
|
piątek, 19 marca 2010
"Odkryłam" suflet faszerując paprykę, oczywiście, tamtemu przypadkowemu wiele do sufleta brakowało, ale dał mi bodźca do tworzenia nowych, oczywiście Dukanowych. Sufletowi na diecie, z powodu braku tłuszczu, może i brakuje urody, nie wyrasta równo i tworzy kwiatki na powierzchni, ale w smaku jest pyszny i bardzo delikatny. Wydaje mi się też prostszy do zrobienia niż prawdziwy. Zasadniczo jest to ten sam przepis co na babeczki choć bez dodatku otrąb (Przy okazji: wczoraj Ulcik zaproponowała Dukanowy chlebek na podstawie tego przepisu, kliknijcie). Połączenie twarożku i jajek okazuje się być bardzo wszechstronne.
Suflet ze szparagami i kurczakiem
(składniki na dwa ramekiny)
1 jajko 100 g serka twarożkowego homogenizowanego 2 ugotowane szparagi ćwiartka grilowanej, pieczonej lub gotowanej piersi kurczaka sól i pieprz gałka muszkatołowa
To co różni ten suflet od babeczek, placuszków czy chlebka to sposób przygotowania. Wybaczcie, ale odpuszczę sobie gotowanie szparagów i grillowanie kurczaka, ważne żeby je pokroić w kostkę (kurczaka) i plasterki (szparagi). Oddzielamy żółtko od białka. Żółtko łączymy z serkiem, przyprawami, kurczakiem i szparagami, białko ubijamy ze szczyptą soli. Piekarnik nagrzewamy do 190° (180 w piekarniku z nawiewem) i gotujemy czajnik wody. Dopiero kiedy wszystko mamy gotowe łączymy białko z resztą ciasta. Najlepiej najpierw rozprowadzić w nim łyżkę białka a dopiero potem delikatnie połączyć z resztą, w ten sposób ciasto zachowa puszystość. Napełniamy ramekiny do 3/4 objętości i wstawiamy do wysokiego naczynia (ja użyłam małej keksówki), które wypełniamy bardzo gorącą wodą do wysokości ciasta w ramekinach. Zostawiamy na około minutę. Można zaobserwować jak od razu suflet zaczyna się podnosić. Ten zabieg pozwoli sufletowi lekko się rozwinąć zanim wstawimy go do piekarnika i sprawi, że lepiej wyrośnie. Po minucie wstawiamy do piekarnika i pieczemy około 15 minut. Powstrzymujemy się od otwierania piekarnika przez ten czas.
czwartek, 18 marca 2010
Przepis na boczek pięć smaków to był pierwszy przepis, który pojawił się na moim blogu, wtedy bez zdjęcia, bo bardziej jako ilustracja użycia chińskiej przyprawy pięć smaków niż kulinarnych popisów. Wtedy przywoływałam przepis Ricka Steina z dodatkiem gotowanej na parze kapusty pak choi (bok choi) z dodatkiem pikantnego chińskiego sosu, dzisiaj proponuję podobne danie, ale z bardzo polsko-brytyjskim twistem. Fuzja pełną gębą. Boczek robiłam bardzo podobnie, ale tym razem manipulowałam czasem i temperaturą pieczenia aby uzyskać to, co się na Wyspach uważa za rarytas: chrupiącą skórkę (crackling). Zamiast pak choi i chińskiego sosu podałam jedną z moich ulubionych form kapuścianych: kapustę parzybrodę. Wiem, że dla większości z Was parzybroda to zupa z kapusty z dodatkiem boczku i ziemniaków, dla mnie to nie zupa tylko lekka potrawka z kapusty i marchewki, lekko zaciągnięta mąką, w której główną rolę grają przyprawy i słodko-kwaśny balans. W tym zestawie akurat boczku w samej kapuście nie powinno nikomu brakować, a zamiast ziemniaków proponuję ryż. Trochę Chin, trochę Polski, Brytyjska przykrywka, a wszystko bardzo ładnie, korzennie, się komponuje.
Kapusta Parzybroda
mała główka młodej, zielonej kapusty średnia marchewka kilka ziaren ziela angielskiego łyżeczka ziaren czarnego pieprzu odrobina kminku (a raczej według uznania) sól płaska łyżka cukru łyżka białego octu winnego łyżka mąki pszennej
Szatkujemy kapustę, ale nie bardzo drobno, kroimy marchewkę w cienkie plasterki, wrzucamy wszystko do garnka, dodajemy wszystkie przyprawy oprócz octu i cukru. Gotujemy wodę w czajniku i wlewamy do garnka z kapustą, ale tylko około centymetra, półtora. Przykrywamy i gotujemy około pięciu minut, dodajemy cukier i ocet i gotujemy pod przykryciem aż warzywa zmiękną. Jak długo, to zależy od kapusty, ale w przypadku młodej nie powinno zająć dłużej niż 10-15 minut. Danie trzeba próbować i może nie warto dodawać dużo soli i cukru na początek tylko próbując znaleźć przyjemny dla własnego podniebienia balans. Kapusta będzie bardzo aromatyczna, ziele angielskie, pieprz i kminek nadają jej przyjemnie korzennego, leciutko pikantnego smaku, można oczywiście dodać mielonego pieprzu, jeśli ktoś chce dodać potrawie kopniaka. Pod sam koniec gotowania dodajemy mąkę rozrobioną z minimalną ilością zimnej wody i czekamy aż sos się zagotuje. Chodzi o to, żeby mąka straciła smak surowości, a nie zgęstniała, sosik ma być rzadki i ma być go niewiele, dlatego dajemy tak mało wody na początek. Kapusta ma gotować się w parze, którą wytwarza ta niewielka ilość wody.
Boczek o pięciu smakach płat surowego boczku ze skórą chińska przyprawa pięć smaków jasny sos sojowy
Skórę gęsto nakłuwamy lub nacinamy norzem, sparzamy polewając wrzątkiem. Odwracamy, "solimy" mięso sosem sojowym, lub po prostu solą i nacieramy przyprawą pięć smaków nie szczędząc jej. Układamy na ruszcie, skórą do góry, bezpośrednio nad naczyniem z gorącą wodą z czajnika (rynienka/blaszka z dopasowanym rusztem świetnie by się nadała). Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temp. 200° i pieczemy 30 min, skręcamy temp. do 180 i pieczemy 2 godziny, podkręcamy temp do 230-240° i pieczemy kolejne 15 minut. Cały czas pilnujemy wody i dolewamy po wyparowaniu. Dzięki takiemu pieczeniu skórka będzie bardzo chrupiąca, oddzieli się od tłuszczu, mięso będzie od góry nasiąkało smakami z uwalniającego się tłuszczu, od spodu chińską przyprawą, a para sprawi, że pomimo iż skórka będzie przypieczona to mięso pozostanie wilgotne i miękkie. Nawet nie będę się starała przekonać, że warto. To danie było moją środową zachcianką i nie wiem na czym to polega, ale hormony szczęścia przechowuje się właśnie w tkance tłuszczowej, bo to danie wprawiło mnie we wspaniały nastrój. Danie troszkę zielone, w sam raz na Dzień Świętego Patryka!
środa, 17 marca 2010
Ryba znów kupiona na wyraźną prośbę Synka, znów upierał się przy makreli, a ja nie miałam nic przeciwko. Tylko, że Synuś jej później nie zjadł, najadł się kiełbasy i na podsuwaną makrelę nie spojrzał. Przypomniał sobie o niej dopiero na następny dzień: "A gdzie moja makrelka?" No cóż, makrelka już wyszła. Oglądając ostatnie Delicious (śliczna okładka, tak przyokazji: wypełniona kolorowymi makaronikami, świetny pomysł na świąteczną dekorację) natknęłam się na makrelę podawaną z pomarańczą i cebulą. Ee, pomyślałam sobie, z pomarańczą ... no ale z grapefruitem...i to czerwonym to już co innego. Zamieniłam więc, obowiązkowy jak dla mnie przy rybie, czynnik cytrusowy z cytryny i limonki na czerwonego grapefruita. Makrelę piekłam pod mocno rozgrzanym grillem (około 7 min) wcześniej przyprawiając ją tylko solą i pieprzem. Do tego zrobiłam prostą sałatkę z fenkułu, szalotki i czerwonego grapefruita. Wycisnęłam też trochę soku na rybę i sałatkę przed samym podaniem. Grapefruit bardzo ładnie podbija smak makreli i fenkułu, bardzo ładnie. Bardzo przyjemne danko. To danie z racji obecności grapefruita klasyfikuję jako danie 3 Etapu diety proteinowej. Ostatnio coś u mnie mało proteinowo było, same węglowodany, co nie znaczy, że porzuciłam dietę. Jestem w środku drugiego tygodnia trzeciej fazy, fazy, której celem jest utrzymanie uzyskanej wagi i zapobieżenie efektowi jo-jo. Okazało się jednak, że na tym etapie schudłam do tej pory kilogram. I tak, jak pisałam w komentarzach, nie mam nic przeciwko utrzymaniu tego kilograma mniej, to jednak bardziej schudnąć bym nie chciała. Ta faza ma u mnie potrwać jeszcze cztery tygodnie. Zastanawiam się co to do diety dodać, żeby nie chudnąć. Wczoraj, w dzień diety III fazy zjadłam sobie skrobiowy posiłek: Irlandzki Placek Pasterza (nie będzie na blogu, nie zrobiłam zdjęć). Na razie zostanę przy tym jednym dodatkowym posiłku skrobiowym i w przyszłym tygodniu zobaczę czy to coś dało. A może komuś z Was zdarzyło się to samo i ma jakieś sugestie?
wtorek, 16 marca 2010
To są moje pierwsze czekoladki, które miałam zrobić na Boże Narodzenie, ale nie było kiedy. Teraz nadarzyła się w końcu okazja dzięki Pinkcake i jej zielonej akcji. Miały być miętowo - czekoladowe, ale miałam otwartą paczkę mielonych migdałów i postanowiłam ją wykorzystać. Przepis absolutnie improwizowany i kierowany tym co było w szafkach. Miałam w domu dwie 100 g paczki czekolady w kawałkach: białą i mleczną, barwniki, wspomniane migdały i foremkę kwiatki z Ikei. Okazało się, że czekolady wystarczyło akurat w sam raz na wypełnienie całej foremki (16 kwiatuszków), może nie wystarczyłoby gdybym nie dodała migdałów. Aż sobie pogratulowałam intuicji, przepraszam za brak skromności, ale po prostu dumna jestem z siebie.
Czekoladki
100 g białej czekolady 100 g czekolady mlecznej 4 łyżki mielonych migdałów kilka kropli zielonego barwnika
Białą czekoladę topimy w kąpieli wodnej, mieszamy z migdałami i barwnikiem, wyjdzie dość gęsta masa, nakładamy po łyżeczce do każdego zagłębienia silikonowej foremki do lodu. Nie musi być ładnie i regularnie, każda czekoladka będzie wtedy inna. Topimy czekoladę mleczną. Ta będzie płynna więc wypełni wolne miejsca w foremce. O tym, że zostaną też pęcherzyki powietrza pomyślałam dopiero po wlaniu mlecznej czekolady. Udało się dość dużo wydobyć na powierzchnię pukając formą o blat stołu, ale tu i ówdzie zostały malutkie niedoskonałości. Nie przejęłam się nimi zbytnio bo smaku czekoladkom nie odbierają. Czekoladki zastygały w lodówce przez około godzinę.
Trzyma mnie w domu choróbsko, ale na szczęście najgorsze już za mną. Dokończyłam w końcu książkę, którą od dawna czytałam, zaczęłam następną, poobrabiałam zaległe zdjęcia, zrobiłam dużą rundkę po blogach. Nie ma tego złego ... Robiąc rundkę po blogach trafiłam na ten przepis Komarki, dostając przy nim napadu sentymentalnego. Oprócz jednej z babć, która była Góralką, reszta moich dziadków pochodziła z rejonu Lubelszczyzny i okolic Lwowa. Z resztą stamtąd pochodzą dziadkowie i rodzice większości moich znajomych i sąsiadów - tak to już jest jak się urodziło na Dolnym Śląsku. Tylko, że Dolny Śląsk to miejsce charakterystyczne, taki tygiel Kresowy. Granice pomiędzy tym co z Lublina, Zamościa, Lwowa czy Wilna zatarły się, nie ma lokalnego akcentu, nie ma lokalnego stroju ludowego, lokalnych potraw. Nie potafię powiedzieć, która z potraw mojego dzieciństwa pochodzi skąd. Uwielbiam kaszę gryczaną, pierogi z kaszą i serem, ale nie wiem skąd się wzięły w naszej kuchni ... o pirogu biłgorajskim nawet nie słyszałam. Tak się akurat złożyło, że miałam w domu kaszę gryczaną nieprażoną. Na Wyspach, żeby kupić kaszę gryczaną prażoną trzeba udać się do polskiego sklepu, żeby kupić nieprażoną wystarczy iść do Tesco. Na kaszę gryczaną miałam ochotę od dawna, ale do polskich sklepów mam bardzo nie po drodze. Z kaszą jest jednak delikatny problem: uwielbiam ją ja i moja córeczka, ale chłopcy nie przepadają, delikatnie rzecz ujmując. Zastanawiałam się, kupując nieprażoną, jaka będzie ich reakcja. Ale, wracając do piroga: oprócz kaszy miałam tylko kilka ziemniaków i serek z gatunku homogenizowanych i świeżą miętę. Nic na ciasto, ani masła, ani śmietany, ani skwarek. Na prawdziwego piroga nie było więc co liczyć, ale ochoty nabrałam wielkiej i postanowiłam wykorzystać to co miałam i zrobić małego, łysego, próbnego piroga, żeby zobaczyć cóż to zacz. W sumie w moim pirogu było 250 g kaszy, trzy ziemniaki, mięta i 100 g serka homogenizowanego, sól i pieprz. Dlatego, że jestem chora dodałam do tego wszystkiego jeszcze dużo zmiażdżonego czosnku. Polecam, oczywiście, przepis Komarki, a nie mój eksperymentalny, ten wpis raczej chcę potraktować refleksyjnie. Zacznę od kaszy, oto ona, przed i po ugotowaniu:
Jest śliczna, nie potrafię znaleźć innego określenia, żeby właściwie oddać jej urodę. Ziarenka mają piękne barwy: różowe, pistacjowe, słomkowe. Duży kontrast w porównaniu z kaszą prażoną. To, że gryka kwitnie na biało dowiedziałam się z Inwokacji do Pana Tadeusza, nie sądzę, żebym kiedykolwiek widziała pole kwitnącej gryki, dorastałam wśród pól pszenżyta i rzepaku, ale widząc te delikatne ziarenka jestem w stanie uwierzyć i wieszczowi i google. Podczas gotowania kasza w sumie pachniała podobnie do prażonej, choć z bardziej stonowaną, wręcz ziemniaczaną nutą. Wymieszałam z pozostałym składnikami i zapiekałam nieco ponad godzinę. Dla reszty rodziny zrobiłam do tego polędwicę wieprzową zapiekaną z pieczarkami, czosnkiem i cebulą, zalaną pod koniec pieczenia dużą ilością ciemnego sosu. Dla mnie wystarczyła szklanka maślanki. W Polsce też, podobnie jak Komarka, wolałam kefir, ale tutejsza, północnoirlandzka maślanka jest fantastyczna no i bardziej kefirowa w smaku niż maślankowa. A tak wyglądał pirożek:
W chwili kiedy spróbowałam tego piroga ogarnęła mnie fala wspomnień, podobnie jak w filmie "Ratatuj", kiedy krytyk próbuje szczurkowego dania. Miałam znów kilka lat i byłam w dwóch miejscach na raz, ale żadno z miejsc nie było domem nikogo z rodziny. Moje pierwsze skojarzenie przeniosło mnie do domu pani Lewickiej, sąsiadki z dzieciństwa, drugie do domu pani Iwaszkiewiczowej, babci mojej koleżanki z dzieciństwa. Pierwsza była starszą okrągłą panią w chustce wiązanej pod brodą, która mieszkała sama w domu oddzielonym od naszego starym kamiennym murem. Jej dzieci dawno poszły w świat a pani miała potrzebę karmienia kogoś. Centralnym miejscem jej domu była kuchnia do której wchodziło się przez małą sień, było to niewątpliwie największe pomieszczenie w domu: był wielki stół i stary piec i makatki na ścianach, było bardzo wiejsko, troszkę tak z innej epoki, troszkę jak z "Nad Niemnem". U pani Iwaszkiewiczowej, suchej i wysokiej, która swoją chustkę często wiązała z tyłu głowy, było z goła inaczej. Jej domek był malutki, nawet z perspektywy kilkulatki. Na dole malutka jednoosobowa kuchnia i pokój, który był i salonem i sypialnią. W kącie stało łóżko na którym piętrzyły się pierzyny przykryte poprzecieraną w wielu miejscach, tkaną kapą. Babka Iwaszkiewiczowa, tak ją nazywałyśmy, często gotowała na dworze, ustawiała cegłówki, rozpalała ognisko, stawiała garnuszek i gotowała kucając, podśpiewując swoje: Oj, dana, dana. Choć nie pamiętam momentu jedzenia piroga to jestem pewna, że znam ten smak i że jakoś te dwie babcie są za to odpowiedzialne. Jak się dzieci zapytały co na obiad, odpowiedziałam po prostu "Piró biłgorajski", na co mój Synek odpowiedział "O, świetnie", musiałam się odwrócić, żeby nie widział mojego dziwnego uśmiechu. Zjedli, zjadł też mój mąż, dopiero później powiedziałam mu co to za kasza, jedząc myślał, sądząc po kolorze, że jęczmienna, choć może inaczej przyprawiona. Smakowała mu. Pewnie z tego właśnie powodu, no i z powodu dostępności, kasza nieprażona częściej będzie gościć na naszym stole niż prażona. Pomimo miłego doświadczenia i wszystkich miłych wspomnień dostarczonych przez jasną kaszę moje sympatie wędrują bardziej w stronę bardziej wyrazistej kaszy prażonej.
poniedziałek, 15 marca 2010
Nie są to prawdziwe chlebki daktyla, bo nie zawierają najbardziej charakterystycznego składnika czyli mąki kukurydzianej. Bardziej niż obecność mąki kukurydzianej, w tym przepisie podoba mi się idea odrywania pojedynczych chlebków. Mojej rodzinie pomysł też przypadł do gustu, dzieciaki były zachwycone, że mogą sobie oderwać kawałek chlebka, ot tak. Chlebki zniknęły skonsumowane same, bez masła, szynki i sera, takie były wspaniałe. Ale wracając do mąki ... mój głupi błąd, przeczytałam przepis po łebkach i nie zastanowiłam się chwilę nad tym, że nie chodzi o skrobię kukurydzianą, tylko o mąkę. Zorientowałam się dopiero gdy odmierzałam składniki i uważniej przeczytałam przepis. Zdecydowałam jednak i tak dodać skrobię. Ha, tylko okazało się, że nie mam jej tyle ile trzeba i tak. Przy sprawdzaniu zawartości szafki pomyliłam opakowanie cukru pudru z opakowaniem skrobii. Już tak mam. Skończyło się na mące ziemniaczanej :) Chlebki były pyszne: skorupka chrupiąca, miąższ lekki, z mąką kukurydzianą wyszedł by pewnie bardziej zwarty i wilgotniejszy. Przepis cytuję za książką "Breads and Baking" ed. Gina Steer.
Chlebki Daktyla
350 g mocnej mąki pszennej 125 g mąki razowej 1 łyżeczka soli 50 g mąki kukurydzianej (co u mnie to już wiecie :)) 2 łyżeczki suszonych drożdży 2 łyżeczki płynnego miodu 1 łyżka oliwy z oliwek 4 łyżki mleka 250 ml wody mleko do posmarowania sezam do posypania
Łączymy mąki, sól i drożdże w misce, robimy zaglębienie w środku, dodajemy wymieszane, lekko podgrzane płyny* i zagniatamy gładkie ciasto. Ciasto zaczyna odstawać od ręki po dziesięciu minutach wyrabiania. Przykrywamy i odstawiamy na 1 i 1/2 godziny lub do podwojenia objętości. Wyrabiamy ciasto przez minutę. Formujemy 25 cm wałek i dzielimy na sześć części, kształtujemy owalne chlebki i układamy na blaszce w rzędzie tak aby chlebki się dotykały. Przykrywamy folią spożywczą na kolejne 45 min, lub do podwojenia objętości. Smarujemy mlekiem, posypujemy sezamem. Pieczemy w temp 220° przez 40-45 min.** * nie wszystko na raz, bo ciasto może nie wziąć całego płynu, jeśli jest go za mało to można dodać wody ** przez pierwsze 10 min piekłam w temp. 220° z parą, a później 20 w temp 200°, po 40 min wyciągnęłabym z piekarnika węgielki, czas i temperaturę najlepiej dostosować do piekarnika.
sobota, 13 marca 2010
Kiedy jest się ograniczonym, czy to rygorami diety, czy wymaganiami budżetu, czy też dostępnością produktów, w gotowaniu główną rolę zaczyna odgrywać kombinatorstwo. Jest ono w sumie rodzajem wyobraźni, lecz w nieco innym ujęciu. Kucharz z wyobraźnią, raczej kojarzy się z kimś kto tworzy cuda na talerzu i używa wymyślnych składników. W moim pojmowaniu wyobraźnia w kuchni to umiejętność "rozciągania" tego co nas ogranicza. Tego typu wyobraźnią obdarzona była moja Babcia, która jedną kaczką potrafiła karmić swoją dziewięcio osobową rodzinę przez dwa dni. Cóż, do Babci wiele mi brakuje, ale mam nadzieję, że część tego daru odziedziczyłam, bo teraz bardzo potrzebuję wprowadzać "rozciąganie" w życie. Najbardziej wymagające są oczywiście proteinowe dni, kiedy w sumie jest się ograniczonym do mięsa, sera i jajek. Składniki niby burżujskie, ale tak ciągle przez pięć, dziesięć dni? Ale, na szczęście tamten etap dawno za mną, teraz w trzeciej fazie diety, jeden proteinowy dzień w tygodniu to pikuś. Największym ograniczeniem tej fazy jest to, że niby wszystko wolno, ale nie wszystko jest dla nas dobre (aż to przecież cytat z Biblii), mogę jeść co chcę, ale tylko wtedy kiedy wolno. A jeśli akurat nie wolno a się chce? Oczywiście mam wybór, mogę sobie powiedzieć, że to przecież tylko łyżeczka oleju, a mogę też pokombinować, tak żeby nie ucierpiał smak, a dieta została zachowana. Wybieram to drugie i smażę stir-fry'a nie smażąc go. Jeśli nie potrafisz robić stir-fry, a wolisz prawdziwy, a nie dietetyczny, to kliknij tu. Jeśli interesuje cię dietetyczny czytaj dalej.
Dietetyczny stir-fry
warzywa (u mnie: papryka, kiełki fasoli*, pak choi, szczypiorek) 1 świeże chili 2 ząbki czosnku łyżeczka siekanego imbiru mięso ( u mnie pierś z indyka ) 2 łyżki chińskiego wina ryżowego (można zastąpić wytrawną sherry) 2 łyżki jasnego sosu sojowego lub rybnego pół kubka słabego bulionu opcjonalnie: przyprawa pięć smaków
Imbir, czosnek i chili, zamiast smażyć dusimy z winem i sosem sojowym przez około minutę, dodajemy pokrojone w paski mięso i mieszamy. W razie gdyby płyny wyparowały dodajemy po łyżeczce bulionu, nie więcej, żeby danie się nie ugotowało, chcemy tylko zapobiec przywieraniu. Kiedy mięso będzie gotowe wrzucamy warzywa i też w miarę potrzeby dodajemy odrobinkę bulionu. Można posypać przyprawą pięć smaków. Nie jest to oczywiście prawdziwy stir-fry, raczej stir-steam (steam: para), ale jest to dobre danie, inne niż stir-fry, ale dobre. * Jeśli uważacie kiełki fasoli za warzywo skrobiowe to je pomińcie Tak przy okazji: Minął czwarty tydzień diety, pierwszy trzeciej fazy. Pomimo, że na początku tygodnia, gdy zaczęłam więcej jeść, czułam się ociężała i miałam wrażenie, że od razu przytyłam, to postanowiłam nie stawać na wagę aż do dzisiaj. Spodziewałam się, że coś tam przybrałam, ale nie. Nie dość, że nie przytyłam, schudłam odrobinę.
piątek, 12 marca 2010
Stek wołowy pokroiłam w cieniutkie paseczki i posmarowałam ciemnym sosem sojowym. Na patelnię grillową wrzuciłam kawałki czerwonej cebuli i chili, gdy patelnia była już rozgrzana do punktu dymienia wrzuciłam na nią wołowinę i grillowałam około 15 sekund z każdej strony. Podawałam z dodatkiem kolendry i sosu jogurtowo-serkowo-czosnkowego. Pycha.
czwartek, 11 marca 2010
Przepis na murzynka ściągnęłam od Edysi, a na czekoladowy sos z ostatniego wydania Delicious. Cytuję za Edysią, moje drobne zmiany w nawiasach. Murzynek
1 i 1/4 szklanki mąki pszennej kostka (250g) margaryny (użyłam masła) 1 szklanka cukru 3 łyżki kakao 1 łyżeczka proszku do pieczenia 3 jajka 2 łyżeczki cukru waniliowego (dałam łyżeczkę ekstraktu)
Sos czekoladowy
Tyle słodkiej śmietanki w mililitrach ile czekolady w gramach 150 ml śmietany i 150 g czekolady da około 300 ml sosu Wystarczy śmietanę podgrzać do punktu prawie wrzenia i wmieszać rozdrobnioną czekoladę. Sos jest absolutnie gładki, aksamitnie i pyszny. Choć jest sosem, a nie polewą to jednak tężeje, ale nie do stanu skorupy.
A co na to Dukan? Plan jest taki: skoro czwartek ma być dniem proteinowym, a tak się akurat składa, że czwartek najbardziej mi odpowiada, to muszę go potraktować jako środek ciężkości (a może lekkości) mojego tygodnia w III fazie diety. Od poniedziałku do środy: trzy dni, potem czwartek, od piątku do niedzieli trzy dni. Czwartek oczywiście jest czysto proteinowy, w pozostałe dni jem tak jak na Protalu tylko, że z dodatkiem 2 kromek chleba, owoca, innych mięs i plasterka sera - nazwijmy to dieta III etapu. Najbardziej odpowiednim dniem na zachciankę jest według mojego rozumowania środa, czyli dzień przed ścisłą proteinową dietą. Robiąc dniowe przerwy pomiędzy zachciankami i skrobiowymi posiłkami, mój tydzień musi wyglądać tak: poniedziałek: danie skrobiowe; wtorek: dieta III etapu; środa: zachcianka; czwartek: proteiny; piątek: danie skrobiowe; sobota: zachcianka; niedziela: dieta III etapu. Nie ma tylko przerwy pomiędzy piątkiem, a sobotą, dlatego będę zamieniała piątki z niedzielami, tak, żeby się dostosować do rodziny. Sobota jest drugim idealnym dniem na królewski posiłek: w ten dzień najczęściej spotykamy się ze znajomymi lub jemy na mieście. Plan jest pozostaje się go trzymać. Dzisiaj więc proteinowy dzień, jestem przygotowana, więc powinno być dobrze. Wczoraj cały dzień bardzo grzecznie jadłam, a na zachciankę, tak jak zapowiadałam było ciasto z czekoladą. Zjadłam przyzwoicie mały plasterek, ale i tak dałam sobie w kość na rowerku, tak na wszelki wypadek ...
środa, 10 marca 2010
... oprócz tego trochę czosnku, rozmarynu i szałwi, dla reszty rodziny też ziemniaki. Wszystko wrzucone na blachę i upieczone, podane z dużą ilością sałatki. Danie proste, leniwe i wynikające z frustracji. Nie potrafię się odnaleźć w trzecim etapie Dukana. Kiedy nie mogłam jeść chleba to mi go nie brakowało, teraz dwie kromki, które mi wolno, nie wystarczają. Nie wiem jak mam potraktować poniedziałkowe kopytka: czy to danie skrobiowe czy już posiłek królewski? Na wszelki wypadek wczoraj jadłam bardzo grzecznie i zjedzenie schabu było jedyną nowością. Kupiłam go z myślą o zrobieniu jakiś zawijasów, ale wróciłam z pracy zmęczona i z bólem gardła i nic mi się nie chciało. Zrobienie pieczonych warzyw z mięsem to minimum wysiłku na który było mnie stać. Nie są to pieczone warzywa idealne, bo nie mogłam, z powodu diety, zrobić ich należycie. Należycie według mnie oznacza: podgotowanie twardszych warzyw, czyli ziemniaków i marchewki i wrzucenie wszystkiego na mocno nagrzaną blachę z gorącą oliwą. Warzywa wtedy nie przywierają, są miękkie w środku i mają chrupiącą skórkę. Te były daleko od ideału, bo, co prawda marchewkę i ziemniaki podgotowałam, ale nie mogłam natłuścić blachy. Tuszczu było w daniu tyle co się wytopiło z w miarę chudego schabu.
Eh, jak się powiedziało A to trzeba i powiedzieć B. Wrócenie teraz do normalnego jedzenia oznaczałoby powrót do starej wagi, czego bardzo bym nie chciała. Jutro proteinowy dzień, więc może dzisiaj sobie dogodzę królewskim daniem, bo zakładam, że kopytka to jednak danie skrobiowe; upiekę sobie (przepraszam: nam) ciasto ... najlepiej z czekoladą!
|