Ostatnie wpisy
Zakładki:
A! Zdjęcia i teksty na tym blogu są moją własnością, proszę uszanuj to.
Moja biżuteria
Napisz do mnie
Piszę po angielsku
Szablon od:
Tu zaglądam
Tagi
|
piątek, 27 stycznia 2012
Drodzy czytelnicy, w związku z trwającą burzą wokół ACTA, chciałam Wam powiedzieć, że prowadzę tego bloga bo chcę się z Wami dzielić przepisami i jest mi miło niezwykle jeśli z nich korzystacie, dzielicie się nimi ze swoimi znajomymi na portalach społecznościowych, drukujecie, tapetujecie sobie nimi pokój, etc. Miło mi też jeśli inni blogerzy korzystają z moich przepisów i dzielą się nimi na swoich blogach. Nie jest mi miło tylko wtedy jeśli ktoś sobie korzysta z moich tekstów, zdjęć i przepisów i dzieli się nimi jako swoimi lub czerpie z nich korzyści finansowe. Jeśli czerpię skądś inspirację lub przepis to się do tego przyznaję. Nie wyobrażam sobie prowadzenia bloga kulinarnego bez dzielenia się przepisami z książek kulinarnych i innych miejsc w sieci. Nasza kultura zbudowana jest na dzieleniu się wynalazkami! Boże Drogi, co to by było gdybyśmy musieli płacić za to, że wykorzystujemy koło lub rysujemy motykę!? Nawet Biblia objęta jest różnymi prawami autorskimi! A teraz pizza i por.
Por to nasze ulubione warzywo tej zimy. Nie wiem dlaczego dopiero teraz zaczęłam go doceniać. Jadłam wcześniej i gotowałam z nim nie raz, zawsze był smaczny, ale jakoś nie połknęłam bakcyla. Zaczęło się od dania ze smażonym porem, na którego przepisu tutaj nie ma, ale być może się pojawi. Pokroiłam wtedy pora zupełnie inaczej niż zwykle, wzdłuż, usmażyłam na oliwie, dodałam parę fajnych rzeczy i był niezwykle smaczny. Mój mąż zapytał wtedy co to za warzywo i nie mógł uwierzyć, że por może tak smakować. Smakował na tyle wyjątkowo, że od tamtej pory często go przyrządzam. W tym tygodniu zjedliśmy we dwójkę sześć sztuk w różnych wydaniach, ostatnie dwa jako dodatek do pizzy.
Jeśli por dla Was to tylko i wyłącznie dodatek do sałatek i może nie przepadacie za jego skrzypiącą w zębach teksturą i charakterystycznym, mocnym smakiem to chcę Wam powiedzieć, że ten smakuje zupełnie inaczej. Zanim wrzuciłam go na pizzę wolno smażyłam go w maśle tak aby złagodzić smak, zmiękczyć i wydobyć z niego słodycz. Oprócz standardowego pieprzu i soli dodałam do pora skórkę otartą z limonki, która pasuje po prostu fantastycznie (skórka lub sok z cytryny też się znakomicie sprawdza). Bardzo, bardzo polecam, porowym sceptykom zwłaszcza!
Pizza z porem
Przepis na ciasto do pizzy znajdziecie tutaj (link do przepisu) 1 średni por na jedną pizzę skórka otarta z 1 limonki 1 chili mozzarella (ilość wg upodoban) oliwa z oliwek sól i pieprz 2 łyżki masła
Ciasto zagnieć odpowiednio wcześniej - patrz link. Żeby umyć pory lepiej najpierw je posiekaj, potem wrzuć do dużej miski z zimną wodą, pomieszaj i odstaw na chwilę. Por wypłynie na wierzch a brud opadnie, wybierz por i przełóż na durszlak do odsączenia. Rozpuść masło na patelni na niewielkim ogniu, dodaj por, sól, pieprz i skórkę i smaż aż por będzie miękki, odstaw. Rozwałkuj lub rozciągnij cienko ciasto na pizzę, posmaruj oliwą, połóż na wierzch por, posiekane chili i mozzarellę. Piecz około 8 min w bardzo gorącym piekarniku.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Był już na tym blogu kuskus z surowymi buraczkami, był też tabbouleh z granatem; nie pierwszy raz żenię też kuskus z fetą - ale wszystkiego razem w dodatku z pomarańczą nie jadłam. To pyszne świeżo smakujące połączenie, pozytywnie Was zaskoczy. Pomysł pochodzi z tej samej książki która zainspirowała mój ostatni wpis: "Wild garlic, gooseberries ...and me'' Denisa Cottera - polecam serdecznie, chociaż pewnie pół książki tutaj przepiszę, więc jeśli nie możecie jej dostać to polecam lekturę tego bloga ;) Sałatkę zrobiłam po swojemu ze względów praktycznych, już wcześniej robiłam kuskus z burakami i wiedziałam, że będzie dobry i będzie miał piękny kolor jeśli go wymieszam z potartym burakiem; Denis albo tego nie wie, albo nie lubi surowizny, albo nie lubi chrupać, bo poleca albo przepuścić buraki przez sokowirówkę albo ugotować i przetrzeć przez sito. Obie metody pracochłonne i bałaganogenne więc na serio polecam starcie buraka na tarce! Wprowadziłam też kilka innych zmian dlatego podaję tylko swoją wersję (moja to bardziej sałatka, Denisa bardziej tabbouleh).
Kuskus z burakiem, granatem i fetą marynowaną w pomarańczach
opakowanie fety 2 pomarańcze cztery łyżki oliwy z oliwek sok z połowy cytryny 1/2 granatu 1/2 średniego buraka 6 łyżek kaszy kuskus pęczek zielska (u mnie pietruszka, mięta i młode listki buraka) sól i pieprz
Na kilka godzin przed przyrządzeniem sałatki pokrój fetę w kostkę, wymieszaj ją ze skórką otartą z dwóch pomarańczy, sokiem z jednej z nich i dwoma łyżkami oliwy, schowaj do lodówki. Żeby zrobić sałatkę wymieszaj kaszę kuskus z sześcioma łyżkami wrzątku, burakiem startym na drobnych oczkach, sokiem wyciśniętym z jednej pomarańczy, z sokiem z cytryny, 1-2 łyżkami oliwy, solą i pieprzem, odstaw do nasączenia. Kiedy kuskus będzie już miękki i chłodny wymieszaj go z posiekaną zieleniną i ziarnami granatu. Na wierzch pokrusz zamarynowaną fetę. Pycha!
czwartek, 05 stycznia 2012
Dziękuję wszystkim, którzy po moim ostatnim wpisie zabrali głos w komentarzach i na żywo. Wciąż intensywnie myślę o moim blogowaniu, ale na razie nie będę robiła żadnych gwałtownych ruchów. Na razie będzie mnie tu mniej, przynajmniej dopóki czegoś nie wymyślę, czegoś sensownego. Skoro już tu teraz jestem to się przy okazji podzielę moimi noworocznymi inspiracjami. Krótko po Świętach przechodziliśmy koło jednego ze sklepów z przecenionymi książkami, weszliśmy żeby dzieciaki sobie coś wybrały ... wyszłam z książką Denisa Cottera 'Wild garlic, gooseberries ... and me' (Czosnek niedźwiedzi, agrest ... i ja). To książka wegetariańska, najlepsza wegetariańska jaką miałam w ręku. Lubię książki kucharskie w których tekstu do poczytania jest dużo (w tej to połowa książki) i lubię kiedy przepisy wynikają z tego tekstu. Lubię takie, które mogę poczytać przed snem, ale które sprawiają, że chcę wyskoczyć z łóżka i pobiec do kuchni (rzadko jednak mam odpowiednie składniki w lodówce by to zrobić). Najbardziej lubię takie, które sprawiają, że chcę ogród zamienić w szklarnię a garaż w kurnik, że chcę założyć kalosze i iść do lasu i nad morze zbierać jadalne listki i mięczaki. Ta jest taka. Ta książka uzmysłowiła mi, że całe swoje życie, nawet będąc wegetarianką (ponad pół życia temu), warzywa traktowałam trochę jako dodatek (za wyjątkiem zapiekanek ziemniaczanych), a nie jako coś wokół czegoś można zbudować danie i że pomimo tego, że je lubię, to ich nie doceniam. To moje spóźnione noworoczne postanowienie: docenić starą dobrą zieleninę. Wegetariańskie obiady to jest coś czego mi po Świętach bardzo potrzeba! To danie gotowałam już dwa razy, pierwszy raz tylko sugerując się przepisem, drugi dokładnie go śledząc. Obie wersje są warte wypróbowania, przedstawię Wam pełną książkową najpierw a później napiszę o mojej.
Makaron z siekaną brukselką i szałwią
250 g brukselek 2 łyżki oliwy z oliwek 150 g szalotek 12 świeżych liści szałwii 4 ząbki czosnku 4 pomidory z puszki skórka otarta z 1 pomarańczy 1 łyżka orzeszków piniowych lekko podprażonych (jestem na nie uczulona, u mnie pistacje) sól i pieprz 450 g świeżego makaronu tagliolini (u mnie tagliatelle) 50 g masła 50 g Parmezanu lub innego startego twardego sera
Brukselki przekrój na cztery, wytnij głąbeczek, rozdziel liście. W patelni (dużej, jeszcze lepiej w woku) rozgrzej oliwę, dodaj brukselki, szalotki pokrojone w cienkie plasterki, posiekaną szałwię i czosnek, smaż 2 minuty. Po tym czasie dodaj posiekane pomidory, skórkę pomarańczy i orzeszki, przypraw i gotuj przez kolejne 2 minuty. W międzyczasie ugotuj makaron (suszony lepiej wstawić zanim zacznie się smażyć), odcedź. Do brukselki dodaj masło i ser, wymieszaj z makaronem, podawaj natychmiast.
Kiedy gotowałam to danie po raz pierwszy nie miałam w domu ani szałwii, ani pomarańczy ani pomidorów, ale i tak zdecydowałam się spróbować. Brukselkę usmażyłam z jedną małą szalotką (pokrojoną w drobną kostkę a nie plasterki); dodałam do niej oliwę, czosnek, pieprz i sól, łyżeczkę koncentratu pomidorowego, masło (mniej) i ser (Grana Padano); posypałam pistacjami. Moja wersja o wiele bardziej podkreślała smak brukselki, co do tego nie mam wątpliwości; co więcej, zaraz po spróbowaniu Cotterowej wersji miałam wrażenie, że ta pomarańcza (w książce używana często!) wprost zabija jej smak. Pomyślałam, że szałwia (którą bardzo lubię) i pomarańcza (od niej też nie stronię) nijak mi się razem nie jedzą ... ale to było zaraz po ściągnięciu woka z palnika. Zjadłam tylko trochę, odstawiłam i pojechałam po dzieci, po powrocie to było już zupełnie inne danie, przeżarło się, pomarańcza trochę straciła na intensywności, wydobyło się więcej szałwii i brukselki. Danie jest pyszne i bardzo zachęcam do wypróbowania, ale jednak przed dodaniem pomarańczy się zastanówcie, radziłabym użyć też o wiele mniej szalotki niż w oryginalnym przepisie. Dajcie brukselce szansę!
sobota, 31 grudnia 2011
Po raz pierwszy w mojej karierze blogowiczki zdobywam się na blogowe podsumowanie roku. Szczerze mówiąc to zanim odpaliłam komputer myślałam, że spojrzę jeszcze raz na to co tu namodziłam i z czystym sumieniem pożegnam się z Wami krótką i łzawą notatką w stylu: miło było ale na mnie już czas, idę łapać motyle gdzie indziej. Od dłuższego czasu myślę o tym żeby blogować tylko w jednym miejscu a tym miejscem z wielu przyczyn nie może być Galangal. Jednak dzisiaj kiedy przeglądałam wpisy z mijającego roku zdałam sobie sprawę, że wbrew temu co mi się wydaje to był dobry rok w moim blogowaniu. Może nie przybyło czytelników, może jest mniej komentarzy, ale to nie znaczy, że dla mnie ten rok nie był korzystny i niczego się tu nie nauczyłam. Owszem, nauczyłam się i co najważniejsze sama z tego bloga korzystałam. Patrzę na wpisy z 2011 r. i widzę, że robię lepsze zdjęcia, że poszerzam zakres kulinarnych poszukiwań, nie uciekając od rodzimych smaków. Było smacznie w tym roku. Lubię próbować nowych rzeczy w kuchni, próbować nowych połączeń smaków i nowych technik, robię to na co dzień, nawet jeśli to nie jest widoczne na blogu, moja kuchnia dobrze odzwierciedla heraklitowe panta rei ... ale w tym roku pojawiło się na blogu trochę dań/smaków do których lubię wracać i wracam często, dań/smaków, które były w tym roku dla mnie nowością, a które weszły do mojego codziennego repertuaru. Blox nie dostarcza statystyk najczęściej wyświetlanych wpisów i nie wiem, czy te potrawy, które Wam dzisiaj chcę przypomnieć były wśród Was popularne. To są moje typy. Jest ich dziesięć, przedstawiam je w kolejności chronologicznej, trudno byłoby mi je uszeregować według tego jak bardzo je lubię lub ile razy je gotowałam. Kliknij na miniaturkę żeby przejśc do przepisu.
Toad in the hole (Ropucha w dziurze) to wyspiarski klasyk, połączenie Yorkshire pudding (pieczone, wyrośnięte ciasto naleśnikowe) i wyspiarskich kiełbasek. Moje dzieci uwielbiają irlandzkie kiełbaski i to jedna z ich ulubionych potraw z kiełbaskami w roli głównej. Tani, szybki obiad.
Kokosowy lankijski dhal to jedno z moich ulubionych egzotycznych dań, bardo aromatyczne, pyszne, sycące. Będzie smakowało nawet tym, którzy się zarzekają, że nie znoszą curry.
Niedźwiedzi czosnek i to co można z niego zrobic to absolutne odkrycie roku. Liście zmiksowane z solą i zatopione w oliwie to dopiero rarytas. Nie tylko mi posmakował, mój mąż mówi, że w następnym sezonie wytnie cały czosnek na Cave Hill!
Może to nie musi byc dokładnie taka sama sałatka, bardziej chodzi mi o to czym jest posypana: prażone ziarna słonecznika i dyni i grzanki na wierzchu - to od minionej wiosny sałatkowy mus.
Domowa wędzarnia zrobiona z puszki to absolutny hit roku. Wędziłam mięso, ryby, ale najbardziej smakują mi świeże wędzone krewetki. Przekonałabym nimi każdego, kto od nich do tej pory stronił.
Lemon drizzle cake nauczyła się piec moja córeczka Madzia i piecze go dośc często. Pyszne ciasto, dla mnie podwójnie w jej wykonaniu. Polecam tym, którzy normalnie od ucieranych ciast stronią, cytrynowa, chrupiąca skórka na wierzchu jest doskonała!
Może danie nie wygląda tak kolorowo jak lubię, ale smak jest niesamowity: połączenie cieciorki z cytryną, ziołami i kurczakiem to połączenie, że ho ho. Bardzo aromatyczne i soczyste danie. Moje obecnie ulubione kurczakowe danie.
Tabbouleh. W tym roku zjadłam więcej kaszy kuskus i bulgur niż w całym swoim życiu. Obie w połączeniu z dużą ilością cytryny, ziół i oliwy z oliwek są już dla mnie doskonałymi sałatkami, ale inne dodatki też są mile widziane.
Jajecznica z kwiatem muszkatołowca i szczypiorkiem. Od momentu kiedy ją opublikowałam nie zrobiłam sobie innej! Uwielbiam tą wersję.
Tak, wiem że to mój ostatni wpis, ale zważywszy na to ile litrów tego grzańca z soku jabłkowego ostatnio wypiliśmy - musiał się tu znaleźc!
Było jeszcze dużo innych pyszności, ale to właśnie te biły rekordy powtarzalności w moim domu. Ciekawe czy ugotowaliście którekolwiek z nich? Ciekawe jak bardzo różni się gust autorki tego bloga od jego czytelników?
Moi drodzy życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku! Bądźcie zdrowi i niech Wam Bóg błogosławi! Bawcie się dobrze dziś wieczorem ale obudźcie się jutro z jasnym umysłem i nadzieją na dużo dobrych zmian w Nowym Roku. Zaglądajcie też na Galangal póki jest, zmiany się szykują, ale mam nadzieję, że będą one na lepsze. Na razie troszkę sobie odpoczywamy od siebie, ja i Galangal. Nowe wpisy wciąż pojawiają się na Nobleva's Table, czytających po angielsku zapraszam do lektury, nieczytających do pooglądania. Bywajcie!
piątek, 23 grudnia 2011
Podobny jabłkowy grzaniec piliśmy parę tygodni temu u nowo poznanych znajomych. Prostota i smak po prostu mnie zachwyciły. Zrobienie takiego grzańca nie kosztuje wiele zachodu a efekt jest doskonały. Tamten, który piliśmy był po prostu podgrzanym sokiem jabłkowym z dodatkiem cynamonu i kawałkami jabłek - ale i tak już bardzo świątecznie smakował, ale i tak do swojego dorzuciłam kilka jeszcze bardziej świątecznych przypraw. Oprócz cynamonu (laska plus łyżeczka mielonego) dodałam gwiazdkę anyżową, kilka goździków, odrobinkę gałki muszkatołowej, plasterki jabłek i pomarańczy. Sok trochę rozrzedziłam, bo był za kwaśny (do litra soku dodałam pół litra wody), dosłodziłam miodem do smaku. Sok z przyprawami należy doprowadzić do prawie wrzenia i odstawić na chwilę do naciągnięcia smakiem przypraw. Jeśli nie lubicie kompotu z suszu to może jest to dla Was alternatywa? U mnie kompot będzie jutro tak czy inaczej, a tego grzańca popijam w międzyczasie - powoli zaczynając się krzątać po domu. Odpowiednia muzyczka i kieliszek takiego aromatu i niestraszne godziny prac domowych, które mam przed sobą.
Wesołych Świąt drodzy czytelnicy!
środa, 21 grudnia 2011
Rok temu pisałam o moim ulubionym przepisie na bigos (link do wpisu), takim w śliwkowo-winno-grzybowej tonacji. W tym roku smażę inny, bardziej w guście mojego męża: lżejszy, łagodniejszy, z niewielkim dodatkiem pomidorów. Musicie mi wybaczyć brak zdjęcia, ale bigos jeszcze nie jest gotowy. W tamtym roku zamieściłam zdjęcie niedokończonego bigosu i nie wyglądał nawet w połowie tak apetycznie jak gotowy. Tym razem chciałabym tego uniknąć, więc jest bez zdjęcia bigosu, bo przecież nie będę w Święta biegała z aparatem i szukała światła; no a poza tym komu potrzebna musztarda po obiedzie. Proszę żebyście zadowolili się zdjęciem surowej kapusty i listków laurowych prosto z drzewka ... lekko pomidorowy bigos chyba nie jest wyzwaniem dla wyobraźni? Proporcje jak w poprzednim przepisie dwuosobowe, ale kto wie, może któreś z dzieci w tym roku się przełamie?
Bigos II
słoik kapusty kiszonej niewielka główka słodkiej kapusty około 60 ml przecieru pomidorowego (passaty) 2 listki laurowe (świeże) 2 cebule 150 g wędzonego bekonu (lub boczku) upieczona polędwica wieprzowa (niezbyt duża) sól i pieprz po kilka ziarenek ziela angielskiego i jałowca, mielony kminek kapka oleju
Jak widzicie bigos w dość okrojonej, w porównaniu do poprzedniego przepisu, wersji, bez wina, bez grzybów, a to dlatego, że chcę żeby był trochę lżejszy - o ile to może być odpowiedni epitet pod adresem bigosu. Tym o wrażliwym układzie trawiennym polecam aby pokierowali się radą mojego Taty i nie dodawali do bigosu ani wywaru z mięsa, ani mięsa nie smażyli, lecz go wcześniej upiekli i dodali już upieczone do kapusty. To szczegół, ale może wyeliminować konieczność łykania różnorakich pastylek. Wieprzowina to mało politycznie poprawne mięso jako dodatek do potrawy myśliwych, ale dla wielu najbardziej oczywisty. Kiełbasa jest zawsze opcją, ale ja jej w bigosie nie toleruję, zamiast tego wrzucam wędzony bekon. W tym roku obróbka wstępna, czyli ugotowanie kapusty odbyło się w ekspresowym tempie, wszystko dzięki szybkowarowi, który dostałam od Oleju Kujawskiego za udział w zabawie Gotujemy Po Polsku. Wow. Kapusta słodka gotowała się trzy minuty (ale pewnie po dwóch była gotowa!) a kiszona (lekko miękka ze słoika) w minutę. Ledwo poszatkowałam kapustę a już mogłam zacząć smażyć bigos! Kapustę ugotowałam (kiszoną i słodką osobno) razem z listkami laurowymi i zielem angielskim, zachowałam wodę z gotowania kapusty kiszonej, aby później podlewać bigos. Mięso upiekłam przyprawione solą i pieprzem. W dużym garnku rozgrzałam trochę oleju, dodałam grubo posiekaną cebulę, zeszkliłam, dodałam odcedzoną kapustę, przyprawy, przecier, posiekany bekon, pokrojoną w kostkę polędwicę. Smażył się wczoraj dwie godziny, już jest smaczny, ale będzie się jeszcze smażył przez dwa dni po dwie godziny, później idzie do lodówki, a przed pierwszym podaniem jeszcze się godzinkę pogrzeje. W międzyczasie będę podlewała sokiem, ewentualnie przecierem no i oczywiście skoryguję doprawienie.
wtorek, 13 grudnia 2011
Oryginalna Brama Paczkowska stoi w Ziębicach na Dolnym Śląsku, gdzie przez kilkanaście lat mieszkałam i skąd pochodzi rodzina mojego męża. Brama powstała jeszcze w czternastym wieku, staruszka więc z niej szacowna. Ostatnio bardzo podupadła na zdrowiu; nie służy jej ruch uliczny i potrzebna jest szybka interwencja chirurgiczna, żeby ją ocalić. Mam nadzieję, że będzie jeszcze stała kiedy następnym razem tam będę! Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego to jedyne tego typu muzeum w Polsce, niejeden kulinarny blogowicz byłby zachwycony salą poświęconą kuchni. Ktoś w tym muzeum wpadł na znakomity pomysł wypuszczenia serii wyciskanych foremek do pierników: repliki oryginalnych foremek znajdujących się w Muzeum, a także takie z Bramą Paczkowską. Foremki wraz z cenami można obejrzeć na stronie muzeum (www.muzeumziebice.pl). Brama Paczkowska od razu przypadła mi do gustu i mam zarówno ją jak i choineczkę dzięki mojej teściowej, która mi je przysłała. Do foremek dołączony był przepis na pierniczki. Dwa razy robiłam podejście do nich. Oj nie jest to łatwa sztuka! Nie dziwię się, że takie foremki zostały wyparte przez foremki wycinające! Trzeba się nawałkować i nagimnastykować, ale jest też przy tym kupę zabawy. Moje pierwsze podejście zakończyło się fiaskiem: wykorzystałam załączony przepis zmieniając proporcje wszystkiego o połowę, ale nie wiedzieć czemu sypnęłam sody jak do całości. Nie były złe w smaku, ale urosły i przez to bramy i choinki straciły wzorek; poza tym dzieci uznały, że te co piekłam w poprzednich latach były smaczniejsze. Upiekłam więc jeszcze raz tym razem tak jak już od kilku lat z przepisu koleżanki Ptasi. To świetny przepis, pierniczki nie dość, że pyszne to jeszcze znakomicie zachowują kształt. Polecam!
Zarówno bramy jak i wszystkie inne wykrawane cuda będziemy dzisiaj dekorować no i może jeszcze dziś powędrują na choinkę, której jeszcze nie ma. No a jakbyście przejeżdżali przez Dolny Śląsk to już wiecie gdzie się udać ;)
sobota, 10 grudnia 2011
Nie gotowałam nigdy nic z langustynkami (w Irlandii nikt ich tak nie nazywa, to po prostu Dublin Bay Prawns), to moje pierwsze podejście do nich i nie będę się tutaj picowała, że jestem mistrzynią w ich przygotowaniu; pozwolę sobie jednak kilka słów o tym daniu napisać. Dostałam dzisiaj od pana na targu rybnym cztery langustynki, za darmo, wręczone z uśmiechem i życzeniem Wesołych Świąt. Ruszały jeszcze wąsami w białej siateczce. Cztery langustynki - to wystarczy żeby poczuć smak. Obrałam ogonki, skorupki, głowy i kleszcze zalałam 200 ml białego wina, dodałam młody listek laurowy, pogotowałam chwilę, odstawiłam do naciągnięcia smakiem, odcedziłam. Do płynu dodałam pokrojony w kostkę pomidor bez skóry i pestek, podgotowałam, potem na tym wywarze ugotowałam mule (o gotowaniu muli tutaj). Całość przyprawiłam solą, pieprzem i sokiem z cytryny, dodałam trochę masła. Ogonki langustynek usmażyłam osobno na maśle. Małże wymieszałam ze spaghetti, na wierzch położyłam ogonki, posypałam świeżą kolendrą i czili. No i jeszcze położyłam na wierzch kleszcze dla ozdoby. Albo lubi się owoce morza albo nie. Ja lubię. Lubię smak morza: delikatne małże i słodkie mięso langustynek; ale wiem, że dla wielu osób już same w sobie ryby są nie do przejścia. Ale może znajdą się wśród moich czytelników fani?
czwartek, 08 grudnia 2011
... by upiec świąteczne ciasto. Piekę to samo od dwóch lat lat. Kiedy piekłam je po raz pierwszy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to ciasto dojrzewające i im starsze tym lepsze, upiekłam je więc wtedy w Wigilię. Ale nie ma tego złego ..., bo i tak jedliśmy dopiero po Świętach. Rok temu byłam lepiej przygotowana i upiekłam odpowiednio wcześniej, w tym roku zabieram się do niego już od dwóch tygodni, ale dopiero dzisiaj mam czas żeby je upiec. Polecam przepis, bo jest naprawdę dobry (źródło: Good Food Magazine).
Świąteczne ciasto
200 g ciemnego cukru muscovado 175 g masła 700 g suszonych, namoczonych owoców 50 g kandyzowanych wiśni (pominęłam) 2 łyżeczki startego, świeżego imbiru skórka otarta i sok z 1 pomarańczy 100 ml ciemnego rumu, brandy, lub soku pomarańczowego (u mnie whiskey) 85 g posiekanych orzeszków pecan 3 duże roztrzepane jajka 85 g mielonych migdałów 200 g mąki pszennej 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia łyżeczka przyprawy do piernika łyżeczka cynamonu Cukier, masło, suszone owoce, wiśnie, imbir, skórkę i sok pomarańczowy wsypujemy do garnka, zalewamy alkoholem lub dodatkowym sokiem i doprowadzamy powoli do wrzenia. Gotujemy odkryte, na wolnym ogniu przez dziesięć minut, mieszając, aby mieszanka nie przywarła do garnka. Studzimy pół godziny po czym dodajemy orzechy, jajka, mielone migdały, przesianą mąkę, proszek do pieczenia i przyprawy. Mieszamy delikatnie, ale dokładnie. Przelewamy do tortownicy (20 cm) i pieczemy najpierw 45 min w temp. 150° (w piekarniku z nawiewem 130°) a później jeszcze od 1 do 1i1/4 h w temp. 140° (120° z nawiewem). Ciasto jest gotowe, gdy patyczek wbity w ciasto wychodzi suchy. Ciasto bez lukru przetrwa zawinięte w folię nawet dwa miesiące. Ciasto ozdobię dopiero przed podaniem, pewnie rozwałkowanym marcepanem jak co roku. Dzisiaj mogę Wam pokazac tylko zdjęcie archiwalne.
wtorek, 06 grudnia 2011
Właściwie to tytuł zdradza wszystko, składniki, których w nim brakuje to tylko sól i pieprz, oraz cebula. Może nie należy się tak odsłaniać w tytułach postów? Ale co tam, nie ma nic odkrywczego w tym daniu i wersji tego dania pełno na blogach, portalach i w książkach kucharskich - jest więc i tu, ale głównie dlatego, że to po prostu kawał pysznego jedzenia. Dobrego kurczaka należy poporcjować, oprószyć solą i pieprzem, włożyć do żaroodpornego naczynia wraz z kilkoma gałązkami tymianku, oraz z cebulą i cytryną pokrojonymi w ćwiartki. Po godzinie pieczenia pod przykryciem w 180° kurczaka należy wyciągnąć z naczynia, wrzucić do niego kilka pokrojonych ziemniaków, wymieszać je z sokami i tłuszczem z kurczaka, położyć na to mięso, przykryć i piec kolejną godzinę. Po tym czasie można wymieszać ziemniaki z kurczakiem i pozwolić im się piec przez chwilę bez przykrycia, tak żeby się przypiekły. Można oczywiście ziemniaki wrzucić do garnka na samym początku pieczenia, ale nie każdy gatunek ziemniaka zachowa się dobrze przy takim potraktowaniu. Normalnie wrzuciłabym do tego dania czosnek, ale wybieram się jeszcze między ludzi więc dzisiaj sobie podarowałam. Smacznego moi drodzy czytelnicy, jeśli jeszcze nie próbowaliście takiej wersji kurczaka to zachęcam! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||